R.A.P.:Graliśmy ostrzej, po swojemu

0
6408

Legendy mogą być zmyślone, ale są i takie, które rzeczywiście miały miejsce. I już na stałe zaistniały w świadomości ludzkiej. Tak jest z gliwickim zespołem R.A.P. Istnieli niecałe dwa lata. Mało? Okazuje się, że na status legendy wystarczy. Minęło prawie trzydzieści lat od ich pierwszego koncertu a muzyka, którą grali żyje, inspiruje i co najważniejsze zdobywa nowych słuchaczy. Wciąż ukazują się nagrania na płytach (trzy single winylowe wydane przez Jacka Szafira i winylowa płyta „Track of the truth” to wszystko w przeciągu dwóch ostatnich lat). A zespoły, nie tylko reggae wykonują na scenach swoje wersje R.A.P.-owej twórczości. Fenomen? Nie. Po prostu dobra muzyka. A jak doszło do powstanie zespołu, jak funkcjonował i w końcu, dlaczego przestał istnieć dowiecie się z poniższych tekstów.

Marek „Zima” Niewiarowski
fot. Archiwum
Opowieść  Jurka Mercika czyli Mercedesa

Jakie to uczucie, gdy trzymasz w rękach płytę winylową z nagraniami, które dokonały się ponad 20 lat temu, a ty byłeś jednym z twórców tych nagrań?
Bardzo miłe! Zresztą zawsze tak jest, jak dostaję od ciebie koszulki lub płyty. Muszę ci powiedzieć, że jak przywoziłem do domu jakieś pudło płyt czy to DiMu, czy Śmierci Klinicznej, zawsze szybko się rozchodziły, bo dostawali je wszyscy moi znajomi czy tego chcieli, czy nie. Natomiast te sztuki, które dostawałem od ciebie, mają swoje miejsce, są to relikwie, przykurzone, ale są.

A masz jeszcze gramofon?
Mam, co prawda mojej żony, ale działający i jak jest w domu impreza, to leci na nim wszystko, co nie zostało jeszcze rozpożyczane, czyli cały zestaw od Koziołka Matołka, przez Skaldów i Drupiego do Abby (śmiech).

Teraz jest szansa, że poleci R.A.P.
Zdecydowanie tak.

A pamiętasz tę sesję nagraniowa, która jest na płycie? To były wasze pierwsze nagrania.
Bardzo dobrze pamiętam. To była jedna z bardziej mistycznych sesji. W tamtych latach był taki czas, że dostanie się do jakiegokolwiek studia nie było takie proste. Albo miało się błogosławieństwo polityczne, albo musiało się znać jakiś inny sposób. My mieliśmy takich sympatycznych kolegów ze starego klubu „Gwarek” – ś.p. Wojtka Dobkiewicza i Jacka Kowalskiego, którzy mieli kontakty przez legalne wówczas organizacje studenckie i dojście do radiowęzła, gdzie był magnetofon szpulowy. Mega archaiczne studio to było – nie do nagrywania, tylko do montażu. Pomieszczenie było obite pilśnią, kartonami na jajka, pachniało starą tekturą, starym kurzem. Natomiast tam, gdzie ktoś mówił do sitka, było go słychać na całym świecie, czyli w trzech akademikach, pachniało papierosami. I myśmy się tam w tym całym studio i tej, nazwijmy to, reżyserce, zamknęli na całą noc, by to nagrać, drzwi nie chciały się otworzyć, taki klimat Indiany Jonesa, późno gomułkowskiego. I tak się właśnie zaszyliśmy, sprzęt przeniesiony na plecach z „Gwarka” i na tzw. „setkę” nagrywaliśmy, oprócz prawie wszystkich wokali. Tak się złożyło, że te stare, koncertowe wzmacniacze w połączeniu z parametrami tego studia, które było zrobione do występów chórów akademickich albo złotoustych bałałajkarzy z Kazachstanu a nie dla kapeli reggae’owej i ten klimat tajemniczości, czegoś niedozwolonego, miały wpływ na to, jakie te nagrania są. Szafir by powiedział, że Jah chciał by tak było i miałby rację. Potem wiele razy pracowaliśmy w studiach nagraniowych, coraz lepszych i coraz lepiej wyposażonych, ale żadne i mówię to bez cienia bufonady, nie było tak mistyczne jak to pierwsze. Te nagrania mają coś w sobie poza dźwiękiem.

Kto wymyślił nazwę Reggae Przeciwko Polityce? Pierwsza miała być Reggae Przeciwko Rasizmowi?
To wszystko wymyślał Szafir, on się takimi sprawami zajmował, były też inne pomysły, z pisownią, ale zostało w końcu R.A.P., chyba od Reggae Against Politics.

A skąd pomysł na taką a nie inną muzykę? Zespoły reggae, które wtedy grały, prezentowały nurt bardziej korzenny. Wy stworzyliście coś innego. Czy miała na to wpływ Śmierć Kliniczna, w której graliście wcześniej?
To był splot różnych wpływów, nie będę oryginalny, jeśli powiem, że wydajesz z siebie takie dźwięki, jakie zasysasz, tylko są one przetworzone, bo działasz jak funkcja, jeśli jest takich przekształceń pięć i wypluwają z siebie dźwięki, które każdy gdzieś na swoim podwórku, gdzie się wychowywał, wciągnął w siebie, to wypadkowa tego daje ten sound. Ja słuchałem wtedy z Rogolem Marleya, mieliśmy skądś płytę koncertową „Babylon by bus”, wysysaliśmy każdą nutę z muzyki Steel Pulse. To jest to, na czym ja uczyłem się kumać, o co chodzi w reggae. Inni słuchali czegoś innego. W Śmierci mieliśmy niezłą szkołę punkową, ja wcześniej słuchałem Zeppelin i to gdzieś tam wszystko siedzi. Mieliśmy jakiś czas temu takie z Darkiem Duszą jazdy, po których stwierdziliśmy, że muzyka jest jedna. A wyleczył mnie kilka lat temu na Ostródzie gitarzysta ze Steel Pulse – przez pół numeru grał czystą, bluesową solówkę… tak, że odpadłem. Jak czujesz, tak grasz.

Jak wam się udało połączyć na scenie trzy wokale? Wtedy nikt tak na scenie reggae nie śpiewał.
Szafir śpiewał zawsze i był stylowym wokalistą, a Rogal i ja śpiewaliśmy inne rzeczy, bawiliśmy się głosami, naśladowaliśmy różne kawałki, było nam łatwiej i potrafiliśmy być elastyczni. W całej trójce Szafir był żywiołem, trudnym do opanowania, Rogol był barytonową siłą, która spajała to wszystko, ja byłem od niuansików, iskrzących elementów.

Mieliście jakieś przygotowanie muzyczne?
Ja miałem jakieś skromne przygotowanie, ale nie wokalne, tylko gitarowe a reszta, z czego pamiętam, nie mieli.

Kto pisał teksty i tworzył muzykę?
Pamiętam, że teksty „My Woman” i „I Stand” Szafir napisał jako pierwsze, bo była taka potrzeba, to nie była jakaś poważna twórczość. Natomiast później staraliśmy się poważniej podchodzić do tego, co piszemy i tworzyć teksty o tym, co nas wtedy gniotło, ale na modłę reggae’ową. Teraz bym to zrobił inaczej. Był też taki moment, kiedy zaistniało przegięcie tekstowe w stylizacji, jest tak numer „Ghetto”, które chyba Szafir napisał, ale jeśli o tym jak to ponuro jest w Soweto śpiewają chłopcy z Gliwic, to brzmi to co najmniej dziwnie.

Szafir chyba najbardziej z was był zaangażowany w rasta?
Tak i do dziś tak jest.

Śpiewaliście po angielsku, co wtedy było dosyć niezwykłe, do tego używaliście słowa tylko wam znane. Mówiło się, że to slang jamajski?
Ja słuchając Dillingera czy Yellowmana i równocześnie chodząc na angielski ten taki „oxfordzki”, stwierdziłem, że jamajczanie mają kompletnie w dupie ten szkolny angielski i chcąc coś zaśpiewać, co mu się rymuje lub w danej chwili wymawia to, to właśnie robi. I jak już pisaliśmy nasze tekst, na przykład „Dreadmana” to nie kopiując zupełnie z nikogo, pisaliśmy według tej zasady i jak nam się nie podobał jakiś wyraz po angielsku, to zmienialiśmy go tak, by pasował i to był taki nasz język. Jest taka piosenka „Follow the Sun”. Myśmy ją z Darkiem Duszą później śpiewali bez środkowej rozbudowanej części, tej takiej mroczniejszej, w której twórca, czyli ja, zawarł tekst, który miał dawać do myślenia i wsłuchania się we własne wnętrze i tak śpiewał, że trzeba się wspólnie zastanowić czy przypadkiem „Maybe Your way is going to hell” takie wiekopomne stwierdzenie, złota myśl, ale w końcu podmiot liryczny dochodzi do przekonania, że jednak nie do „hell” tylko gdzie? I zabrakło słowa. I tu pojawia się miejscowość „Osom” do dziś nie wiadomo, na jakiej mapie to jest i co to za słowo… tu masz przykład takiej twórczości właśnie.

Współtworzyliście coś takiego jak Gliwicka Alternatywna Scena. To ludzie i zespoły, działające w tamtych czasach i to dosyć prężne środowisko było.
Ja nie wiem, jaka była legitymacja społeczna na działalność takich wywrotowych elementów jak my, ale myślę sobie, że to było przez władzę zaplanowane, miała taki margines 2 % na nieszkodliwe działania i wybryk, które miała pod kontrolą, a stwarzała wrażenie, że daje im pełną swobodę i nich się wykrzyczą. My mieściliśmy w tych procentach. Ja byłem za młody na to, by myśleć o tym i za mało mam wiedzy, co się wtedy działo na uczelni, kto siedział, kto uprzejmie meldował. Działo się muzycznie dużo, był „Gwarek” i słynna giełda płyt, na których kupowało się płyty i przegrywało się na Grundigu na kasety.

Pierwszy koncert zagraliście na Winter Reggae w Gliwicach. Jak wtedy działała scena? Bo od tego koncert zaczęliście być zapraszani na wszystkie większe imprezy w kraju.
Mechanizm tego sukcesu był taki, że z jednej strony pojawił się zespół, który miał predyspozycje do tego by być uważany za wartościową kapelę, na którą trzeba pójść, bo wywodzą się z podziemia, wcześniej Śmierć Kliniczna i szczury szeptały, co to jest, co wymyślili, bo to niezłe wykręty, a z drugiej strony istniał lęk, że to, co pójdzie ze sceny, to będzie nowe i niezrozumiałe, i będzie trzeba udawać, że się podoba albo robić mądrą minę. A tu się pojawiła kapela, która wyrosła z podziemia i śmieci spod „Gwarkiem” i zasunęła skoczne melodyjki. To nie było żadne roots reggae, to były proste melodie, na trzech akordach zaśpiewane w ładnej tercji po angielsku i to było łatwe, proste a z drugiej strony wyglądało na awangardę i miało wszystkie cechy by stać się hiciorem. I poszła plota, że fajne, bo jak nie trzeba wysilać za dużo mózgownicy i śpiewać „la la la” i nikt ci nie zarzuci, że słuchasz Czerwonych Gitar tylko podziemnej kapeli.

Przepis na sukces?
Nie, bo gdyby tak było, to mówilibyśmy w ten sposób o wszystkich utworach a są utwory R.A.P. dojrzałe, szczytem według mnie jest numer „Front page news” czy „Silesian morning” i to są utwory, z którymi się identyfikuję i które najchętniej słucham. Niestety zostały one nagrane na tej nieszczęsnej sesji u Waltera Chełstowskiego.

A zaczęło się od tego, że zostaliście laureatem Jarocina ’86…
Tak się stało po próbie, którą zagraliśmy wtedy. Wyszliśmy w środku dnia na soundcheck i mieliśmy dać ryk do mikrofonu, by zobaczyć jak to jest poustawiane, ale jakoś tak fajnie wyszło, że zagraliśmy spontanicznie chyba trzy utwory i ludzie, którzy słuchali prób, zaczęli podskakiwać i siłą rozpędu spowodowali, że znaleźliśmy się wśród laureatów, bo wtedy głos ludu decydował, a nie szanowne jury. A sam koncert finałowy już taki dobry nie był. To ten, który nagrała BBC. Tak czasami jest i to wiedzą muzycy, że są występy i chwile, gdy wszystko się skleja od położenia pierwszego palca na strunie i nawet jak się gdzieś walniesz na wiośle lub zaśpiewasz coś krzywo, to i tak się skleja, bo tak jest akurat w tym momencie. A może być tak za godzinę, że masz wszystko super przygotowane i poustawiane, zaczynasz grać i wszystko idzie jak toczącą się swastyka – kwadratowo, chujowo, nie skleja się, do dupy jest.

Wtedy też jako nagrodę mieliście dostać sprzęt do grania?
Wiesz, wchodzimy w temat Chełstowskiego, a ja nie chciałbym nikogo niesłusznie krzywdzić. Dostaliśmy sprzęt do ćwiczenia na gitarze, koloru pomarańczowego i to był wtedy kosmos na tamte czasy, bo gitarzysta mógł wkładając dwa paluszki w to urządzenie, podpiąć wiosło, zaszyć słuchawki i grać! Nasz gitarzysta latał po całym hotelu ze słuchawkami i ryczał „mogę ćwiczyć” i pokazywał pomarańczowe pudełko wielkości paczki papierosów. A oprócz tego w skład tej nagrody wchodziły jakieś pieniądze, nie pamiętam, jakie i mogę się mylić, ale trzecią częścią nagrody było nagranie u Waltera i tu też mogę się mylić, ale gdzieś tam jakoś te pieniądze potem okazały się właśnie tymi na to studio. Wydaje się, że Walter chciał te miejsce wypromować, bo oprócz Aya RL nikt tam nie nagrywał i to było takie ze strony Waltera „mieć ciasto i zjeść ciasto”. I to jest takie trochę cwaniackie lub patrząc z innej strony niezłe biznesowo. W każdym razie nie jest już śmieszne to, że wpisał się z jakąś panienką jako autor tekstów i muzyki przy okazji rejestrowania w Zaiksie nagranych utworów w ten sposób inkasując monetę za nie swoją twórczość. Pozwoliliśmy na to, bo byliśmy wtedy gówniarzami i bardzo nam na tej płycie zależało i bardzo chcieliśmy, by się ukazała. Czy ja bym się w jego sytuacji tak zachował? No cóż, miałbym dużego kaca.

A pamiętasz sam pobyt w tym studio?
Samo nagrywanie to była super przygoda. Studio na poziomie, socjal zajebisty. Sprzęt był bardzo dobry, świeżo ściągnięty i Walter sam to obsługiwał, on starał się, ale nie bardzo wiedział jak i wszystko brzmiało jak z dupy. Niestety. To, co wyszło podziurawione jako bootleg to jest kiepskie, taka narosła legenda wokół tej sesji, że jest jakaś niesamowita itd. A tak naprawdę to ta z winyla ma klimat brudu, zmęczenia, przypadkowych pieców, ale jest w niej to coś… jest misty… ja nie wiem czy jak się uda kiedyś ten materiał walterowy wydać to będzie to fajne, nawet jak zrobi się jakiś poważny remiks.

Jeden utwór ukazał się na płycie winylowej „Radio Nieprzemakalni”.
Tak, ktoś mi o tym mówił (śmiech). Ja już nie podniecam się jak ktoś dzwoni i mówi, że słyszał w radiu R.A.P. Cieszę się i tyle.

W jednym z wywiadów przeczytałem, że nie identyfikowaliście się z ówczesną sceną reggae.
Nie wiem, kto to powiedział, ale faktem jest, że graliśmy ostrzej, po swojemu. W innych kapelach ten eklektyzm był niedopuszczalny, u nas był na porządku dziennym. Kapele typu Gedeon czy inne gwiazdy miały sztywny schemat, co wolno, a co nie wolno. Na przykład w Opolu jak się odzywali ze sceny, mówili do publiki „bracia i siostry”. Wtedy bracia i siostry zgodnie odpowiadali mu „spierdalaj pajacu”. Wówczas pajac napominał ich, że są chwilowo opętani przez szatana, co powodowało gwizd braci i sióstr oraz grad pomidorów… Ogólnie leksykalne nieporozumienie.

A wy nie mieliśmy nigdy propozycji grania na festiwalu w Opolu?
Nie, nigdy (śmiech).

Wasza kariera był dosyć krótka. Skończyła się po ponad roku.
Tak, skończyła się koncertem w Bielefeld, który był na dla nas zimnym prysznicem. Po nim Szafir wybrał Niemcy jako swoją ojczyznę. A ostatni koncert był w Bytomiu, gdzie śpiewałem z Rogolem, a potem już wszystko się rozpadło. Może nie tak jak sobie tego życzyliśmy, ale trudno, takie jest życie.

Zacząłeś też grać w filmach – to nie kolidowało z muzyką?
Jakbym był celebrytą i ty byłbyś Wojewódzkim, to bym powiedział „wiesz stary, masz rację. Rzuciłem, nie mając innego wyjścia muzykę i zacząłem pracę na planie, od niechcenia, ale co miałem robić”. Ale że jestem Mercem, to powiem, że z tym graniem było tak, że jak dostałem propozycję, to zagrałem, wówczas u debiutującego reżysera Rolanda Rowińskiego. Pierwszym w ogóle był film „Śmierć Kliniczna” Pawła Karpińskiego, potem „To Tylko Rock” i BBC „Moja Krew Twoja Krew” i ktoś od Rolanda mnie zobaczył na tych taśmach i poprosił na zdjęcia próbne i zagrałem w „Zero życia”. To jest taki film, który od czasu do czasu jest puszczany. Potem była jeszcze jedna próba, ale już nie tak udana.

Czy z pieniędzy za koncerty mogliście się utrzymać?
A gdzie tam! Jak kto miał pulę, to dawał – było na piwo lub dwa.

Silesian Ragga Brothers – co to za projekt?
To bardziej życzeniowe było, jak lataliśmy kilka razy w tygodniu na próby Śmierci lub R.A.P.-u,  to potem trudniej się odzwyczaić. Studiując we Wrocławiu gdzieś się pojawił Gołaszewski, ja się kręciłem w klimatach i w głowie mi się tam roiło by coś robić. Nigdy nie ujrzały te projekty światła dziennego.

Słynna flaga zerwana prze Rogola to nie mit?
Ja się dowiedziałem o tym, jak spotkaliśmy się przed koncertem w Sosnowcu. On nie przyjechał i zaczęliśmy dzwonić za nim i okazało się, że siedzi w pierdlu. I jak wylazł po dwóch miesiącach to przyznał się, że po imprezie w akademiku, poszedł się odlać do klombu i gdzieś trzymał się stojaka z flagami i wywrócił go, pojawił się patrol i wsadził do radiowozu za niszczenie insygniów narodowych, czyli zamach na suwerenność PRL.

Wiele zespołów po latach reaktywuje się. Ty nigdy nie chciałeś tego robić.
To byłoby ożywianie trupa, ja po R.A.P.-ie wydałem kilka razy dźwięki czy to w DiMie, Lion Vibrations czy z Habakukiem i wiele razy miałem możliwość obserwowania wielkich combecków i tak naprawdę jest to skok na kasę kolesi, którym nie chce się nic robić nowego, tylko jadą na starych klimatach ile się da. Choć mam wielki szacunek dla tych, którzy grali kiedyś i wciąż grają. Nie odżegnuję się zresztą od niczego, bo od czasu do czasu w jakimś projekcie zaśpiewam.

Opowieść Jacka Shapirre’a

Mój ulubiony utwór R.A.P.

Każdy numer R.A.P.-u jest dobry, ale najbardziej lubiłem i do dzisiaj lubię „Reggae rockers”. Kwintesencja reggae ze znakomitym dubem w środku numeru. Uwielbiałem grać ten utwór na żywo, szczególnie cześć dubową można było przedłużać, improwizować odlatywać ina rub-a-dub style, yeah!

Wybór zachodu jako miejsca do życia

Myślałem o kapeli globalnie, a reszta zespołu lokalnie, dlatego ja pozostałem na zachodzie, a chłopcy wrócili. Drugim powodem to była już od lat chęć posiadania super roots reggae selekcji, a na coś takiego nie było w Polsce wtedy żadnej możliwości. Mam na myśli oryginalne winyle z roots reggae z lat 70. do połowy lat 80., bo ja właśnie ten czas w reggae uważam za najciekawszy.

Projekty muzyczne już po rozpadzie R.A.P.

Przez przypadek przeczytałem ogłoszenie w niemieckiej gazecie, że kapela grająca reggae szuka wokalisty. Zaprosili mnie na próbę i tak powstała kapela Addis, z którą to zaśpiewałem mój najlepszy koncert w życiu. To było Tribute to Bob Marley 11.05.1990. Został on wydany pod koniec lat 90. na kasecie. Potem tworzyłem sound system we Frankfurcie i Saarbrücken jako Bushdoctah z takimi ludźmi jak m.in. Fred-lock , dj Reverend (prekursor reggae we Frankfurcie), Big Daddy, Drjamroots. Występowałem jako gość selectah z Riddim Wize (jeden z pierwszych sound systemów w Niemczech w ogóle).  We Frankfurcie m.in. z JahMeek, Jah Sesco, Marlon B, Marlene Johnson. Ponadto w roku 2006 byłem współproducentem singli Riddim Wize – Linda Carrierre „Jah love”/ “Steady riddim”, Jah Sesco “War is not the answer”, Marlon B. and Marlene Johnson “We a warrior”. Potem postanowiłem wydać kilka numerów R.A.P. na singlu winylowym, bo jakby nie było, czarny singiel winylowy jest pierwszym i najpopularniejszym nośnikiem ska, rocksteady, reggae i dub, więc wypadałoby aby i R.A.P. się na singlach pojawił –  back to roots!

Legendarna już kolekcja płyt winylowych

Mam jedną z największych i najciekawszych roots reggae kolekcji na winylach LP, 12”, 10”, 7” – prawie każda oryginalna siódemka z tamtych lat to perła, jeśli chodzi o longplaye to Errol Holt „Rastafari time” – wydano tylko 100 sztuk w tym tylko 50 z coverem, Light Of Saba „In reggae”, Matumbi „Dun planet orbit one” czy  Tradition „Captain ganja and the space patrol”. Za płytę płaci się czasami aż do 500 funtów angielskich, ale jeszcze droższe są oryginały ska czy Studio One z lat 60. i 70. Wystarczy wejść na Ebay – tam jest mnóstwo znakomitych płyt  winylowych, ale za nieziemską kasę. Czasami żałuję, że nie urodziłem się w Anglii, bo miałbym lepszy dostęp do kultury z Jamajki i do płyt. Winyl brzmi cieplej i głębiej niż płyta kompaktowa i prawdziwi miłośnicy muzyki kupują i zbierają winyle. Tak samo jest z muzyką bluesową, jazzem czy soulem.

Pierwsze nagrania z R.A.P.-em

To sesja ze Studia Centrum. Nagrywaliśmy w roku 1986. W Polsce tak jak nagrywało się do pierwszej polowy lat 70. na Jamajce, czyli najpierw leciała cała kapela na żywo i była na żywo nagrywana a potem robiliśmy overduby wokalem. I tak właśnie powstała ta płyta w lutym 1986 roku! To jedyna płyta wydana w Polsce, nagrana tradycyjną techniką jamajską z lat 70., jak robił to np. Lee Perry czy studio One Coxsona Dodda. To była super sesja i nagraliśmy płytę za pierwszym razem bez jakichkolwiek powtórek, byliśmy wtedy w bardzo dobrej formie! Oczywiście strony technicznej tych nagrań nie można porównywać z nagraniami z profesjonalnych studiów nagraniowych. Nawet byłej komuny jak Tonpress czy inne, ale najważniejsze było to, że wtedy mogliśmy nagrać fajny materiał bez układów z władzą. Mieliśmy trochę sprzętu, ale również inni gliwiccy muzycy pożyczyli nam piece i bass, aby to jakoś brzmiało. No i tak w podziemiu powstała ta płyta. Bardzo długo czekała na wydanie, bo „matka” zaginęła, ale w końcu Zima się zmobilizowali i ją wydał, i chwała mu za to. Mi podoba się najbardziej kolor zielony (śmiech).

Reaktywacja zespołu

Występ na żywo po tylu latach w oryginalnym składzie z wielu przyczyn nie jest możliwy, a druga sprawa to czy w ogóle jest to komukolwiek potrzebne? Polecam na Youtube dwa kanały: ugrewicz oraz BelcikPunk. Tam są różne ciekawe nagrania R.A.P. z prób, koncertów, ze studia – warto posłuchać.

Materiał ukazał się w magazynie Free Colours nr 17.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułMake Progress
Następny artykułMesajah …idzie na wojnę

DODAJ KOMENTARZ