Robert Brylewski: Zbutwiały partyzant

0
5099

W maju Robert Brylewski świętował będzie swoje półwiecze. Ten jeden z najbardziej zasłużonych dla polskiego reggae muzyków grał w dziesiątkach zespołów i projektów. Na koncie ma pewnie ponad setkę płyt, na których grał albo które produkował. W styczniu podczas toruńskiego festiwalu Afryka, na którym występował z Ziggie Piggie, rozmawialiśmy z nim ponad godzinę o całej jego karierze i różnych jej zakrętach.

rozmawiał: Jarek Hejenkowski
fot. Mariusz Murawski (www.emdwa.pl)

 

W jakimś wywiadzie wyczytałem, że kiedy usłyszałeś Tilt, postanowiłeś olać szkołę i zająć się graniem. Wtedy też olałeś poprawkę maturalną.
To nie było na skutek Tiltu, ale przy okazji. To był koncert w „Hybrydach”. Dowiedziałem się o nim przypadkowo w ostatniej chwili i wpadłem. Nawet wystrój sceny był wtedy fajny, bo oni mieli taką czarną kotarę z napisem „Tilt”. Oni już wtedy grali coś, co było ponad punk rocka, to było bardzo prekursorskie, co widać teraz, po latach. Tam był świętej pamięci Luter (Jacek Lenartowicz – dop. aut.) i po czasie widać, że to był najfajniejszy koleś z nas wszystkich, z tej naszej generacji.

A wracając do szkoły…
…podjąłem wtedy decyzję, na tym koncercie. Głupio to mówić, ale to się też wiąże z pierwszym zapaleniem marihuany. Nie, żebym się ostro najarał, ale zapaliłem. To był rok ’80 i zastanawiałem się, co dalej. Wszystko było niepewne, w zasadzie hekatomba wciąż wisiała nad naszym krajem, jacyś sowieci, jakiś Breżniew…  kto to jest w ogóle… i ja mam się do tego podłączyć? Stwierdziłem, że nie, że mam warunki, żeby spróbować inaczej. Nie miałem ochoty na kompromis. Nie było więc tak, że z jednej strony muzyka, ale jeśli się nie uda, to coś innego, że będę też działał na innym torze. Jestem strasznym asekurantem, ale w tej dziedzinie akurat jest wyjątek.

Więc zlałeś maturę i jej nie masz?
Nie mam. Nigdy też nie miałem problemów związanych z jej brakiem. Rodzice mi mówili, że to jest ważny papierek, bo to w sumie papierek. Rozumiem ich troskę, ale wtedy działałem bez asekuracji. Być może gdyby czasy były inne, ale.

Czyli bunt?
Wręcz przeciwnie. Przecież moi rodzice to byli super freaki, w porównaniu ze mną. Jeździli po świecie, bo byli tancerzami zespołów Śląsk i Mazowsze. Gośćmi w naszym domu byli Ewa Demarczyk, Skaldowie i wielu innych. Były balangi z pianinem i ja jako gówniarz dorastałem w takiej atmosferze.

Czy młodym ludziom polecałbyś pójście tą drogą, co ty? Olejcie maturę i zajmijcie się graniem?
Jeśli będzie mu niepotrzebna, to po co? Bo są rzeczy, które z jej posiadaniem się wiążą. Ale w tej dziedzinie, w której ja chciałem działać, to nie było potrzebne. Bo zobacz, muzyka i realizacje studyjne, bo na tym mam straszny zakręt, to co ja mógłbym tu zdziałać? Poszedłbym do szkoły, gdzie jest podręcznik z ’58 roku, a jej ostatni rozdział był o tym, że się wprowadza… stereofonię. Przeczytałem tę książkę, ona jest potrzebna, bo z niej dowiedziałem się o tym, że jest coś takiego jak higiena i jak uniknąć, bądź nie spowodować u siebie czegoś, co się nazywa nadwrażliwością słuchową. Jest też tabela, w jakich rejestrach, jakie instrumenty pracują. Nie wiem czy wiesz, że głos ludzki jest na takim samym paśmie jak saksofon – od 100 do 10 tysięcy Herzów. A waltornia ma już bardzo wąskie pasmo, bo tylko do 3 tysięcy. Tego typu wiedza w nagraniach była uzupełniająca, bo to, z czego się naprawdę uczyłem, to były periodyki zagraniczne. Cierpliwość się opłaciła, bo poznałem Marcina Millera, on zobaczył jak ja jadę po bandzie i załatwił mi prenumeratę trzech najlepszych zagranicznych pism o pracy w studiu. Miałem dostęp do wiedzy, która była kompletnie nieosiągalna. Tam było o tym, jak nagrywali Iggy Pop, czy David Bowie. Tam nie ma takiej zasady, że oni tę wiedzę gdzieś pod kołdrę chowają. Oni się tą wiedzą dzielą. Tak samo jak ja mam potrzebę opowiadania o tym, bo zdaję sobie sprawę, że to, co umiem, to już przeszłość. Mogę zdradzać swoje tricki studyjne czy muzyczne, bo one już mnie nie interesują, mnie interesuje to, co dalej. Czasami ludzie pytają mnie: „czemu ty tak zdradzasz patenty”. To jest totalne niezrozumienie. Dzięki temu, że była Złota Skała, były takie możliwości, to dzięki temu Jarek „Smok” pracuje z Dziurexem, kształci się tam totalnie, Zuber przy „Legendzie”, niestety nie doczekał tego świętej pamięci Marek Grzesik. Ale to fajna sprawa. Chciałbym do tego kiedyś wrócić.

W ogóle Marcin Miller to taka szara eminencja…
To bardzo ważna eminencja (śmiech). To taki totalny, prawdziwy hippis. Było to w czasie, kiedy w Izraelu grał Paweł Szanajca, Żwirek był wtedy jeszcze na basie, był też Banan, który z Szanajcą w Armii grał. To taki sezon koncertów był. Paweł był związany z Marcinem przez rodzinę jakoś. No i kiedyś gramy w „Hybrydach” próbę jak zwykle, a w drzwiach pojawia się jakiś wielki wąsacz i mówi, że on jest Marcin Miller z Londynu i jest fanatykiem rock’n’rolla. Faktycznie, wiedzę na temat muzyki tamtych lat miał olbrzymią, był na Rolling Stonesach w Pekinie. To nie jest facet dziany, nie jest jakimś milionerem, ma pod sobą najwyżej czterech pracowników sezonowo i robią meble. Ale wyposażył nas w sprzęt, mnie w periodyki, zaprosił nas do Londynu. Spaliśmy w kiepskich warunkach, ale nikt nie narzekał, bo wyjechaliśmy z nagraną płytą. Drugi człowiek, który zrobił dla nas wielką rzecz w tamtych czasach to Derek Fevrier. Ja nie jestem człowiekiem religijnym w sensie karmicznym, ale facet zrobił w studiu Mad Professora z „1991” takie rzeczy, że to zjawiskowe było.

Podobno w szkole aniołem w ogóle nie byłeś, bo jednemu nauczycielowi chciałeś natrzaskać, bo coś o twojej mamie powiedział złego.
Ta moja szkoła to było nieporozumienie, bo ona była prowadzona przez PAX. Nie było mnie przy wyborze szkoły, oceny miałem raczej średnie. Nieuczciwie wygrałem olimpiadę geograficzną RWPG i miałem możliwość wyboru szkoły. Pojechałem sobie wtedy w nagrodę z kumplem do Bułgarii, wracam, a matka mówi, że wybrali mi szkołę, podobno najlepszą w Polsce i że jest nawet pływalnia i same chłopaki. Pytam: „Mamo, ale za co?” A ona, że nie dopilnowała wszystkiego, bo byłem chrzczony, ale u komunii nie byłem. Zaczęła się więc taka przygoda, o której można by osobny wywiad zrobić. Krótko to trwało, bo funkcjonowałem tam niecały rok, ale było wiele wydarzeń. Rządził był tam ksiądz, który zwracał się do wszystkich per „bydlaczku”. Przed naszym przyjściem ktoś mu podpalił z tyłu sutannę zapalniczką, bo nie wytrzymał. Z drugiej strony, z perspektywy czasu, widzę, że to nie była szczęśliwa persona, ten ksiądz, bo jak był w partyzantce, to mu granat obok ucha walnął i był głuchy. Dyrektorem był z kolei gość odgrywający w tej szkole rolę drugoplanową, który przypominał biseksualistę. W każdym razie ja nie chuliganiłem. Mieliśmy taką paczkę z chłopakami z ulicy Pańskiej, był tam Mrówa z Immanuela i wpadliśmy na głupi pomysł, że będziemy polskie dziewczyny przed Arabami bronić. Plan był taki, że się przebierzemy, będziemy mieli butelkę owiniętą w kocyk i przywalimy takiemu w łeb, skroimy portfel i jeszcze powiemy: „Nie rusz naszych pięknych dziewczyn, bo masz kiłę arabską”.

Doszło do realizacji?
Było blisko. Najlepsze było to, że wypchaliśmy sobie policzki papierem toaletowym i przykleiliśmy sobie sztuczne wąsy. Mrówa powiedział, że to on uderzy, bo on zawsze miał takiego powera. Kręciliśmy się pół godziny po pasażu i nie było żadnego Araba. Wreszcie pozbyliśmy się tego makijażu, wracamy przez Dworzec Centralny do domu i nagle pojawia się człowiek jak ze snu. To był jakiś starszy gość, który ewidentnie szukał zaczepki i doczepił się szczególnie do mnie. Była to jakaś ciemna uliczka i reszta chłopaków podpuszczała mnie: „Robo, pier… mu” Długo się wahałem, a że nie umiem za bardzo bić się rękoma, to sprzedałem mu cios z czaszki, po którym zresztą rozciąłem sobie skórę. Przywaliłem mu chyba trochę za mocno i ten moment, gdy ja stałem jakieś 30 metrów obok i czekałem aż on się podniesie… nie zapomnę tego. Myślałem, że zabiłem człowieka, a miałem przecież wtedy niecałe 16 lat. Byłem kompletnie odrętwiały.

Ale przeżył?
Tak, podniósł się. Ale sama świadomość tego faktu, że on leży i nie wiesz, czy mu coś nie pękło w główce, odbiła się na mnie mocno.

Co do twojej głowy, to ze względu na jej kształt, wróżono, że zostaniesz księdzem.
To matce tak powiedzieli i to funkcjonowało na zasadzie takiej anegdoty rodzinnej. Tak powiedział lekarz, ale faktycznie, mam takiego garba na głowie, tylko musisz dotknąć ręką, nie bój się (śmiech). No i sobie zażartował, że będzie ksiądz. Weź teraz wyobraź sobie, jak się czuje młoda kobieta, kiedy jej mówią, że księdza urodziła.

W ogóle rodzice twoi śpiewali i tańczyli w Zespole Pieśni i Tańca Śląsk? To ty muzyczne dziecko jesteś.
Właśnie dlatego nie mam żadnych zahamowań typu, że „biały nigdy nie zagra na instrumentach perkusyjnych dobrze, a czarny zagra”. Muzyka to było coś, w czym wyrastałem i już jako gówniarz wiedziałem, że takie określenia to brednie. Dziś na szczęście już nie jest to takie nagminne, ale wtedy takie przesądy pokutowały. Najbardziej zabawne było, jak do naszej załogi dołączył jakiś czarnoskóry koleś i okazywało się, że za cholerę nie potrafi grać na bębnach. Parę miesięcy próbowali go wdrożyć i się nie udało. On miał chyba na imię Kuba i później się gdzieś z Polski deportował.

Słuchałeś tego, co rodzice nagrywali? Masz jakieś płyty?
Nieeee. Ja byłem już tzw. high-tech. Jak rodzice się wyprowadzili ze Śląska, to ojciec zaczął występować z Mazowszem, a matka pracowała w Estradzie, ze Skaldami gdzieś jeździła po Rosji. Wiesz, jak to jest, gdy jest laba. Rodzice są ciągle na próbie, albo gdzieś śpiewają lub tańczą, a ty masz pięćdziesiąt albo sto cioć fajnych. Choć, dopiero gdy dorosłem i stałem się mężczyzną zaczynałem docierać jak fajnie jest mieć tyle fajnych cioć (śmiech). Były bardzo ładne, bo to była ostra selekcja spośród pięćdziesięciu tysięcy ludzi.

Miałeś też dziadka z Węgier, który cyrkiem kierował.
Tak, ale nie jestem w stanie o nim wiele opowiedzieć, bo w mojej rodzinie jest wiele tajemnic, i nie wszystko mi mówili. Inna sprawa, że też się specjalnie tym nie interesowałem. Ale dopiero jako 45-letni mężczyzna dowiedziałem się jak zginął mój dziadek od strony matki, którego nigdy nie znałem, bo zmarł przed moimi urodzinami. Dlaczego mi tego nie powiedziano? Bali się, żebym nie poszedł jego drogą. Dziadek był fanatykiem wyścigów na Służewcu, ale to jest pikuś. Miał też niestety wielką słabość do blondynek i zginął, bo dostał kosę siedząc na kiblu od zazdrosnego męża, który był ubekiem. Zmarł po roku czy dwóch ciężkich męczarni, bo coś mu źle pozszywali. Ciężko zapłacił za swoje uciechy.

„My, uczniowie liceum, czuliśmy się prawie bezkarni, byliśmy gówniarzami, którzy dokazują, ile wlezie, w całym tym bajzlu, który już prawie nikogo nie obchodził” – tak mówiłeś o działalności Kryzysu. Izrael to była już poważniejsza sprawa?
Pod koniec Kryzysu było już trochę takie rozpasanie. Wypiliśmy trochę piwka i winka i poszliśmy na pochód pierwszomajowy z naszą klasą. Nieśliśmy symbolicznie flagi kijkami do góry i kazali nam krzyczeć „Hej, hej, idzie Rej”, a my krzyczeliśmy „Hej, hej, ju-es-ej (USA)”. Nie byli już nawet w stanie wprowadzić wobec nas jakichś represji, bo ten system już powoli się sypał. Izrael to była jednak nazwa związana z narodem ukaranym, to było już poważne.

Czy kiedy w 1982 r. zakładałeś Izrael, byłeś osłuchany w reggae? Bo wtedy punki słuchali reggae.
Trudno to nazwać, żebym był osłuchany. Osłuchany to był Tomek Szczeciński, który grał na gitarze w Rastarr oraz jacyś inni starsi koledzy jak Magura. Mnie się podobały wtedy duby i takie dźwięki, natomiast kompletnie nie rozumiałem Marleya i tego całego zamieszania związanego z jego osobą. Dopiero później poczułem tę rytmikę, ewidentnie pod wpływem „zieleniny”, kiedy siedziałem u Kelnera, a u niego były duże głośniki, to posłuchałem „Rastaman Vibration” czy „Babilon by Bus” i posłuchałem, co w środku kawałka robią gość na hi-hacie i basista, to było coś, co pamięta się na całe życie. Tyle, że nie jest to jakaś rytmika afrykańska, to jest rytmika, którą my także posiadamy, tylko tam było to perfekcyjnie wykorzystane.

Izrael nagrywał w latach 80., obok Daabu, najczęściej z polskich zespołów. Gedeonowi Jerubbaalowi nie udało się nagrać niczego, a wy wydaliście szybko 3 płyty. To, dlatego że byliście z Warszawy?
Myślę, że nie. My byliśmy straszliwie płodni, skład bardzo się nam zmieniał, a w ciągu pół roku byliśmy w stanie mieć już kompletnie nowy materiał, 18 utworów i to nawet nie zostało wydane. To Sławek Gołaszewski ma gdzieś ponagrywane. To było związane też z tym, że w czasach naszego grania w „Hybrydach” było tam osiem kapel i były rotacje w składach. Gedeon za długo zwlekał z wydawaniem materiału, tak jak Immanuel i mówiło się o tym, jako o przenoszonej ciąży. Gedeon to byli zresztą perfekcjoniści, oni to traktowali straszliwie ambicjonalnie i my się po pewnym czasie dowiedzieliśmy nawet, że to jest rywalizacja…

…Czasem odnosiłem wrażenie, że to syndrom oblężonej twierdzy, że to taka wojna z „Warszawką”.
Trochę tak. Ale było trochę nieporozumień, bo oni się zdaje się obrazili za to, że nie zagrali na Róbrege, że ich nie zaprosiliśmy. Ale to było tak, że siłą rzeczy, jak nie w tym roku, to w następnym by zagrali. Nikt im złośliwości nie robił. Nie było też z naszej strony jakiejś chęci rywalizacji, a to właśnie w tę stronę poszło. Pamiętam, że kiedyś trochę „polecieli” w Gorzowie, bo załatwili nam nocleg w jakiejś szkole, na polówkach, a ja z żoną i z dzieckiem. Ale nie należeliśmy do zespołu narzekającego, więc na próbie, kiedy mieliśmy opracowywać materiał, który zagramy, to zaczęliśmy grać jakiś jazzik, ja założyłem kapelusz, który gdzieś znalazłem i zacząłem bredzić o strasznej podróży, którą przebyliśmy i „Warsie” w pociągu. Ci z Gedeona to usłyszeli i nie mogli zrozumieć, jak na próbie można nie ćwiczyć utworów. Oni byli tak wyćwiczeni, że my wymiękaliśmy, wszystko było zagrane perfekcyjnie, kopary nam opadały. Ale oni chyba nie wytrzymali emocjonalnie, dali sobie w banię i zawalili występ. Tymczasem my zagraliśmy dwa improwizowane utwory, też na bani, ale wyszedł nam bardzo dobry koncert, tak niechcący. No i takie to były nieporozumienia.

Jak się wtedy załatwiało kontrakty płytowe? Szło się do wytwórni czy trzeba było mieć znajomości?
Wtedy nie można było działać bez menedżera, ale to były inne warunki i inna jakość. Nawet gdy Kryzys go miał, to wszystko odbywało się sprawniej. W Izraelu byli to przeważnie kumple, albo Krzysiek Koziński, albo dalszy kolega Mirek Dobkiewicz albo Krzysiek Kownacki, który pracował też z Maanam. Tych ludzi przewijało się sporo i zazwyczaj to był jakiś zaprzyjaźniony z nami człowiek.

Czyli wtedy bez takiego człowieka ani rusz?
Mógł się nawet na tym kiepsko znać, ale trzeba było, bo my byliśmy kompletne dupy wołowe i nie mieliśmy o tym pojęcia. Należeliśmy w tej dziedzinie do biura antytalentów.

Można było zarobić na takich nagraniach?
Najlepiej zarobiłem na płycie Brygady, bo to odbywało się na starych układach, jakiś wielki nakład i stan wojenny. Była to równowartość malucha. Prawie nic nie zarobiliśmy na „Duchowej rewolucji”, bo wtedy nastąpiła degradacja pieniądza. Wtedy było tak, że jednego dnia miałeś 10 tysięcy, a następnego rano to już było 60 złotych (śmiech). Ale nigdy nie zaliczyliśmy jakiegoś wielkiego obłowienia.

W czasach Izraela miewałeś dready, na zdjęciach wyglądasz czasem na natchnionego. Miałeś wtedy okres fascynacji rastafarianizmem?
To było raczej zainteresowanie rastafarianizmem, ale do fascynacji jednak stamtąd bardzo daleko. Interesowało mnie to wszystko pod względem historycznym. Nie jestem typem człowieka, który przeżywa ekstatyczne uniesienia. Nigdy nie lubiłem jakichś wspólnot czy słów typu „stańmy w kręgu przed koncertem i pomódlmy się”. To działało na mnie jak woda święcona na diabła. Tamten czas był okresem, kiedy tworzyłem taki swój teren – rodzina, dzieci. Z czasem stało się to też trochę pułapką, bo robiło się też za bardzo hermetycznie. Dlatego im dłużej żyję, tym jestem bardziej pewien, że zmiany są koniecznością i jak ktoś ładnie powiedział, są stałą kosmiczną. Wzorzec metra przecież po paru miliardach lat nie będzie się do niczego nadawał, bo kosmos się rozszerza. No i u mnie właśnie, w tym starszym życiu częściej jest tak, że są zmiany. Częściej zmieniam zdanie i działam trochę po wojskowemu: Robię sobie odprawy i mówię, co trzeba zrobić. Jeśli z dziesięciu rzeczy udaje się trzy albo cztery, to już jest bardzo dobrze.

Wyglądasz na zmęczonego rzeczywistością kontestatora. Tymczasem w jednym z wywiadów czytam: „Dla mnie jest jasne, że świat idzie do przodu, i nie mam zamiaru się załamywać czymś tak banalnym jak korporacje czy McDonaldy”.
Z tymi McDonaldami powiedziałem trochę prowokacyjnie, żeby zaczęła się na ten temat odbywać jakaś dyskusja, oprócz propagandy, bo to co się dzieje teraz przypomina jakąś propagandową histerię. A co do reszty, to zawsze byłem optymistycznie nastawiony, a fatalizm był w młodszych latach, kiedy byliśmy celem czterystu rakiet nuklearnych NATO i wtedy nie było nic do stracenia. Kiedy to wszystko się przeobraziło, to ten optymizm stał się większy.

Podobno denerwuje ciebie, kiedy ludzie myślą, że jesteś człowiekiem totalnie chaotycznym w każdej dziedzinie.
Oczywiście, choć przeraża mnie trochę mój chaos, który się w ostatnim czasie pogłębił, taki bałagan dnia codziennego. Dobrze sobie radzę z kalendarzem, ale regularne sprzątanie mieszkania, czy dbanie o to, żeby mieć czyste rzeczy to jest kur… straszne. Nie jestem taki głupi, potrafię sobie radzić z niektórymi sprawami, ale nie radzę sobie z takimi życiowymi. Jedyne, co potrafię, to jakieś techniczne rzeczy, typu jak sobie studio nagrań przygotować, jak pomieszczenia dostosować, w komputerze wszystko wyczyszczone, foldery gites, windowsy hulają jak błyskawica, wszystko gra. Czasami myślę o sobie, że jestem takim sparciałym partyzantem ruskim, który ma karabin zawiązany sznurkiem, żeby się nie rozpadł. Ale jak się z tego śmieję, wtedy się nie dołuję, więc śmieję się z siebie jako ze zbutwiałego partyzanta, bo mi się to zabawne wydaje.

Miałeś mnóstwo odskoków w bok od dwóch swoich głównych muzycznych nurtów – punka i reggae.
To pewna nieścisłość, bo nowa fala zawsze była, właściwie od początku. Po dwóch latach grania pojawiło się też ska i to była nowa rzecz. Więc trudno mówić, że punk i reggae to były dwa moje główne nurty, bo zaczynałem od takich rzeczy jak Slade, Procol Harum czy Emerson Lake and Palmer.

Ale grałeś takie rzeczy?
No nie, tylko słuchałem. Jak zaczynałem grać, a ktoś umiał grać akordy, to pokazywał, jak się niektóre rzeczy robi właśnie na przykładach Slade, Emerson Lake and Palmer, czy Beatlesów, gdzie jest siedemdziesiąt akordów. Wtedy właśnie zdobyłem wiedzę, że czasem można zrobić prostą rzecz na dwóch lub trzech akordach i jest świetna, a czasami piękną rzecz można zrobić „pojechaną”.

Swego czasu przeżywałeś fascynację techno. Pamiętam, że płyta „Warsaw Beat” gościła swego czasu bardzo często w moim odtwarzaczu.
Tego nie można techno nazwać. Bardziej techniką. Mam materiał na pięć płyt, ale nie mogłem znaleźć nikogo odważnego, który by się zgodził na wydanie. Bo już dziesięć lat temu miałem taki plan, żeby znaleźć człowieka, z którym się umówię, że będę wydawał płytę co kwartał i nie może być żadnych opóźnień. Żeby to ukazywało się jak periodyk. Teraz ten pomysł wraca i chcę to robić, jeśli znajdę pomieszczenie na pracownię i biuro. Liczę, że uda się to zrobić wiosną w tym roku. Teraz jednak musiałem spłacić 30 tysięcy ZUS, bo mi przywalili za Złotą Skałę. Dziewięć lat na to czekali, aż narośnie. To mnie powaliło na półtora roku. Ale teraz chcę zacząć robić takie muzyczne rzeczy, coś jak The Users. Ta płyta była strasznie odjechana dźwiękowo. Kiedy teraz tego słucham, to mam straszną ochotę zrobienia miksów tego, ale nie jakichś usługowych typu „Robert, zmiksuj nam nagrania”, tylko takich anarchistycznych.

Kręci ciebie jakiś gatunek muzyczny, z którym się dotąd nie spróbowałeś?
To na pewno, bo to jest jak z instrumentami. Doszło do mnie już dawno, że nie będę saksofonistą, choć to fajna byłaby rzecz, żeby chodzić z tubą i mieć apaszkę (śmiech). Ale nie ma czego żałować. Chciałbym kiedyś zagrać z paroma ludźmi, ale nie ma na to ciśnienia.

Teraz o współczesności. Zdania na temat reaktywacji Izraela są podzielone. Z perspektywy kilku lat – warto było?
Oczywiście. Mało, że warto, bo nie chciałbym wchodzić na temat życia prywatnego, ale tu też zaszły zmiany i bilans jest dobry. Nie wiem, jak z punktu widzenia publiczności, ale dla członków zespołu na pewno było to korzystne. Sądząc też po koncertach, które gramy, ani razu nie mieliśmy uczucia, że odgrzewamy jakiegoś kotleta.

Ale niektórzy mówią, że legend nie warto ruszać.
Ale tu nie chodziło tylko o muzykę. Tu chodziło też o historię, o ludzkie losy, o to, co się z nami działo przez te lata.

Ale mówiłeś przed laty, że „formuła Izraela się wyczerpała”.
Tak mówiłem, bo nie można było opowiadać o tym, że ktoś płacze, że ktoś stracił żonę, że ktoś stracił miłość, a ktoś utracił największego przyjaciela. Że wszystko się rozpierdala. To były sprawy prywatne, ale wydarzenia tamtych lat były takim ciosem, że z dnia na dzień życie ludzkie stało się ruiną.

Śledzisz to, co dzieje się w reggae? Oprócz tych zespołów, w których grasz?
Jestem trochę obok. Niedawno Tymon powiedział do mnie coś bardzo ciekawego. Zapytał, czy ja też nie mam czasu słuchać nagrań swoich znajomych? No i nie mam czasu, naprawdę. Bo to, co robię, mocno mnie pochłania. Rezygnowanie z pewnych rzeczy zaczęło się już dawno, bo wiele lat temu zdałem sobie sprawę, że skoro chcę robić coś, to muszę zrezygnować z czegoś innego. Czasami były to rzeczy typu balangi, na które zresztą później mnie już nie ciągnęło, a czasem trzeba było zrezygnować z aktywności. Musiałem na jakiś czas przerwać miksowanie, bo w ogóle nie pisałem nowych piosenek.

Obserwujesz karierę córki? Bo śpiewa ładnie.
Mam wyrzuty sumienia, że za mało pomagałem i teraz się za to biorę. Stwierdziłem, że co z tego, że nie ma kasy, skoro materiał Enchantii jest tak dobry, że trzeba go zmiksować u Dziurexa. On zresztą ze Smokiem stwierdzili, że to za dobry materiał, żeby się zmarnował. Co mnie bardzo cieszy, to determinacja ludzi z tego zespołu. Przeciętnie po pół roku ludzie się zniechęcają, a oni twardo – odśnieżają miasto za kasę, sprzątają mieszkania.

Mówisz czasem córce, co źle robi? Kłócicie się o muzykę?
Nie, raczej nie.

Sam też śpiewasz i wielu ludzi mówi, że nie powinieneś tego robić.
(śmiech) Tu jest cały pies pogrzebany. Dlaczego ludzie nie śpiewają? Dlaczego ludzie twierdzą, że nie mają słuchu albo, że nie umieją śpiewać? Bo od dziecka nam się takie rzeczy powtarza. Często mówimy: „Cicho bądź!” No i głos się nam obniża, mówimy coraz ciszej, zapominamy używać pewnych rejestrów. Jesteśmy mieszczuchami i oddychamy tylko szczytami płuc i to jest tragedia, bo zaczynamy tak mówić.

Czyli zlewasz opinie przeciwników twojego śpiewania?
Jak najbardziej. (śmiech)

Ostatnio słychać ciebie z zespołami z południa Polski – Konopians, Ziggie Piggie.
Z Konopiansami ostatnio nie gramy, ale oni są już bardzo mocni. Ziggie Piggie jest takim konglomeratem, pomysłem Stecyka, ale trochę innym niż Konopians. Ta współpraca zrodziła się głównie z aktywności Stecyka, bo on jest samorodkiem, który wziął się ze świata abstrakcyjnego. Kiedy usłyszałem, że oni są „pozytywni skinheadzi”, to przyglądałem się temu z podejrzliwością. Ten chłopak ma niezwykły talent do zbierania ciekawych muzyków. Czasem są takie składy, że przychodzę na próbę i kopara mi opada. Gram dla jaj „Killing me softly”, a basista od razu zaczyna dogrywać.

Izrael ma w dyskografii już dwie płyty dubowe („In dub” i najnowszą).
Ta pierwsza to jest taka na poły archiwalna. To były nagrania skopiowane z kasety, które trudno nazwać klasyczną płytą dubową. To była próba pokazania tych naszych prób, które czasem robiliśmy, a dubowe rzeczy robiliśmy już nawet w okresie składanki „Saluto”.

Czy Mad Profesor przed kilkunastu laty i ten obecnie są podobni? Bo masz jakąś perspektywę z czasu, gdy nagrywaliście „1991” i mieliście z nim kontakt, choć jej nie produkował.
Nie mieliśmy z nim żadnego kontaktu, oprócz telefonicznego, bo on wtedy był gdzieś na Tryninadzie. I bardzo dobrze, że się tak stało, bo pracował z nami Derek, który był pasjonatem i powiedział, że pracujemy po godzinach, czyli będzie taniej. Poświęcił nam za darmo kilkadziesiąt godzin. On bywał w Polsce, bo przyjechał kiedyś z Macka B i bardzo mu się podobało.

Z nowej płyty dubowej jesteś zadowolony?
Chyba nawet bardziej, niż z „Dża ludzie”. Oczywiście, trudno je porównać, bo „Dża ludzie” to próba odnalezienia się na nowo. Jest bardzo kompromisowa – trzech autorów, wszystko równo podzielone. Nie chodziło o to, że ktoś się obrazi, ale chcieliśmy poskładać się do kupy. Okazywało się, że Darek nie ma czasu, bo ma Maleo Reggae Rockers, więc Paweł będzie mu tekst pisał. Tak się wziął kawałek „Rootz Party”, którego do dziś nie uznaję i mogę słuchać tylko w wersji dubowej (śmiech). Okazało się jednak, że umiemy się dogadywać nawet, jeśli dochodzi do kłótni. Nie rozmawiamy o polityce, w tej kwestii bardzo się różnimy.

Ale na scenie się dogadujecie?
No trzeba było się dogadać i prosiłem Darka, żeby zbastował z „jedynym zbawieniem” i „narkotykami, których się nie bierze”, bo wtedy ja mam ochotę powiedzieć coś zupełnie innego, a po co takie głupoty? Trochę byłem uprzedzony, bo słyszałem, że jak odszedłem z Armii, to ze sceny w jakiejś ekstazie mówił, że Bob Marley przed śmiercią nawrócił się na katolicyzm. No a poza tym, jak czytałem fragmenty tej książki „Niepokorni”, to miałem ochotę powiedzieć mu: „Stary, odwróć się tyłem i wypnij, to ci mocnego kopa w dupę zasadzę”. Graliśmy przecież razem przez wiele lat, byliśmy jak rodzina, czułem się czasem nawet jak jego starszy brat, a z tej książki dowiedziałem się, że chcieliśmy być idolami. Później zrozumiałem, że od czasu tej książki każdy mógł się zmienić już pięć razy.

Ty się nie zmieniłeś, jeśli chodzi o upodobanie do kręcenia gałkami na koncertach.
No właśnie długo tego nie robiłem. Jeśli robisz to artystycznie, to jest to prawie tam samo, jakbyś był na scenie. To jest adrenalina, ale czujesz się też odpowiedzialny. Dla takich wariatów jak ja, to się wszystko wyświetla graficznie. Nie słyszę tego uszami, tylko to wszystko widzę – kocioł lewy, prawy, hi-hat. W pewnym momencie to wygląda, jakbyś miał przed oczami muszlę koncertową i porozstawianą muzykę.

Nie zazdrościsz więc trochę ludziom, którzy mają studia nagrań, że mogą się tak bawić muzyką?
Nie, bo to był świadomy wybór i nadal go podtrzymuję. Natomiast te dzisiejsze techniki i to jak to poszło do przodu, bo dziś możesz sobie skonfigurować na poły analogowe, a na poły cyfrowe studyjko sprawia, że zaoszczędzasz na tym mnóstwo czasu. Kiedyś musiałbym to robić bardzo długo, a dzisiaj szybko.

No a dlaczego właściwie upadło studio Złota Skała?
Przez jego ostatnie 2-3 lata Marek Grzesik był jego głównym motorem. Ja wpadałem tam i robiłem tylko co czwarty albo co piąty zespół, albo robiłem tylko remiksy i jeździłem na koncerty. To było tak ustawione, że Marek przychodził rano do studia i robił nagrania, a po południu ja wpadałem i nagrywałem do 5 albo 6 nad ranem.

Ale skoro było tyle zespołów, to dlaczego to się rozleciało?
Bo nie było już Marka (zmarł tragicznie w 1994 roku – dop. aut.), Smok też zajął się czymś innym i nie było ludzi. Mało tego, przyszli gnoje z PSL-u na uniwersytet, bo zmieniła się ekipa i właściwie to można powiedzieć, że pozbyli się mnie. Zresztą był tam jakiś koleś w „Proximie”, po którym pojechałem w „Życiu Warszawy”, gdy opisali całą sytuację w tekście zatytułowanym „Jeden za wszystkich, wszyscy za szmalec”. No i dwa lata temu siedzę sobie w garderobie w „Proximie” i ten gość, taki kudłaty, który jest chyba tam jakimś kierownikiem, wpada do garderoby nawalony jak autobus i wydaje z siebie taki dźwięk: „Łyyyyeeeaaa! Yyych!” (w wersji dźwiękowej i z ekspresją Roberta to widok niezapomniany – dop. aut.) Miałem też plan, żeby podać się za konesera z Meksyku i napisać im, że jestem zainteresowany freskami, które są na ścianach w „Proximie” (było tam mnóstwo graffiti – dop. aut.) i dam za to 150 tysięcy dolarów. Bo tam było mnóstwo graffiti. A kiedy to już skują, to napisać, że „sorry, ale żartowałem” (śmiech).

Zawsze mnie interesowało, co się stało ze sprzętem ze studia Złota Skała? W latach 90. obrosło ono legendą. Czy ktoś jeszcze go używa?
To jest jakieś 80-90 taśm, które leżą gdzieś u ludzi. Teraz do kupy to składamy, ale najtrudniej w tej dziedzinie jest znaleźć logistyka. To jest tak, jak z tymi kłopotami z menagementem, o których mówiłem. To nie jest tak, że człowiek to olewa, albo udaje niedorajdę życiowego, ale zdaję sobie sprawę, że jeśli chcesz to zrobić dobrze, to trzeba do tego odpowiednio podejść.

Podobno chcesz powołać stowarzyszenie, które objęłoby ochroną archiwalną wszystkie nagrania ze Złotej Skały. Jak to miałoby wyglądać?
Było pełno ludzi, ale większość się z tego wycofuje. Bo pomysł stowarzyszenia jest w porządku, ale za długo to trwa. A ja muszę mieć jakieś pomieszczenie i chyba Żuku mi pomoże (menager Izraela – dop. aut.), bo on ma jakieś swoje struktury. Potrzebuję raptem 30-40 metrów kwadratowych i szukamy takiego czegoś na Woli.

Zjadłeś zęby na muzyce. Czy jest u ciebie tak, że po głowie chodzą tobie różne melodie, riffy, refreny, czy to, co ukazywało się na płytach powstawało dopiero na próbach lub w studiu?
Tak zwanymi „riffami” to mam zapisanych kilkanaście zeszytów. To wygląda trochę jak hieroglify i patrzę na to, biorę gitarę i po 10 sekundach wiem już, o co chodzi w tym anagramie, czy jak to nazwać. To są skrótowe zapisy i takich mam mnóstwo. Natomiast najchętniej grałoby się rzeczy świeże, czy wymyślone prawie, że ad hoc albo przedwczoraj. Ale mam też rzeczy, które brzydko mówiąc szlifuję od 5 czy 10 lat i dojrzewają. Są więc też takie utwory, które nie były nigdy grane i trzymam je na jakieś okazje. Zdałem sobie też kiedyś sprawę, długo jadąc sam samochodem, że potrafię sobie w głowie układać melodie. Nie mogę grać na gitarze jadąc w nocy samochodem, ale wracam do domu, biorę gitarę i gram: C dur, A mol, E dur. Wszystko się, kurczę, zgadza. Na początku to idzie wolno, ale później nabrałem takiej umiejętności. To takie zboczenie zawodowe.

Wspominałeś trochę o konflikcie z PSL. Chciałem więc się dowiedzieć, czy śledzisz to, co się dzieje w polityce, bo pamiętam, że zawsze miałeś w tych sprawach coś ciekawego do powiedzenia.
Nie lubię być zaskakiwany, więc śledzę. Poza tym traktuję to tak, jakby ktoś obok mnie pisał jakąś książkę. Czasem wyobrażam sobie nawet, że to dwa równoległe światy i wymyślam sobie różne scenariusze.

Na temat katastrofy katyńskiej też miałbyś jakiś? Czy tylko czytasz o kolejnych wersjach?
Teoretycznie mógłbym, bo jestem fanatykiem lotnictwa i generalnie moim niespełnionym marzeniem jest, żeby pilotować samolot. Może kiedyś bez papierów się uda (śmiech). No więc teoretycznie powinienem trzymać stronę pilotów, ale aż głupio o tej sprawie mówić. No bo jeszcze głupiej byłoby przyznać rację Leszkowi Millerowi, który dwa lata wcześniej mówił, że tak będzie. Ale, z drugiej strony, zapomnieliśmy, że od paru lat się mówiło, że czekamy na pierwszy samolot, który spadnie. Tylko, że bardziej liczyli na Jaka, bo Jaki-4 są starsze.

Sztalug nie masz, a czy wciąż rysujesz?
Niestety mniej. Mam takie pudło, w którym trzymam wszystkie rysunki i próbuję to poskanować, ale mam kawalerkę i trudno to ogarnąć. Kluczowe jest posiadanie miejsca do pracy i wtedy będzie inna jakość. Bo ja teraz z dużego domu wylądowałem w kawalerce i dlatego te wszystkie rzeczy ze Złotej Skały są tak rozrzucone po ludziach. Teraz w kawalerce mam komputer, łóżko, telewizor, sześć gitar i wszędzie bałagan. Szpilki nie włożysz.

Animacje komputerowe tworzysz?
Trochę mniej, ale tak. Wreszcie, po dwóch latach poszukiwań, znalazłem program do robienia takich rzeczy na Amigę. Bardzo trudno było to znaleźć. Teraz są jakieś pogłoski, że będzie jakaś nowa Amiga, ale zobaczymy.

Pamiętam, że byłeś wielkim fanem Godzili. To zaskakujące, bo wielu ludzi te filmy zwyczajnie śmieszą.
Mnie też śmieszą, ale trzeba pamiętać, że to są bardzo różne filmy. Straszliwie zabawne są „Syn Godzilli”, czy „Powrót Mechagodzilli”, na których ryłem ze śmiechu. To taki cyber świat, a trzeba pamiętać, że Japończycy potrafią zrobić to bardzo wiarygodnie, bo oni wierzą, że kiedyś zostaną zatopieni, więc u nich groza przed czymś wielkim to coś zupełnie naturalnego. Natomiast muszę powiedzieć, że pierwszy film, który zobaczyłem – „Ucieczka King Konga” – zrobił na mnie wielkie wrażenie. Wchodzisz do kina, słyszysz gong i widzisz napis „Toho”. Ciemna noc, przerażone twarze Japończyków i ryk: „Łuuuuuueeeee”. Ja byłem przerażony, ale moi rodzice ryczeli ze śmiechu. Zresztą ten film „Ucieczka King Konga” był niesamowity, bo oni zrobili go niewolnikiem, był naćpany i pracował w fabryce krylito-neuro-uranu. Zielony jak autobus King Kong z obrożą na szyi kopie rowy. Miałem wtedy 13 lat, więc zrobiło to na mnie duże wrażenie.

Masz jeszcze jakieś ulubione serie albo filmy, do których wracasz?
„M.A.S.H.” bardzo lubię, bo był zupełnie inny niż amerykańska propaganda o rangerze, który miał siedmioro dzieci. Seriale medyczne są teraz popularne i „Doktora House’a” próbowałem oglądać, ale odnoszę wrażenie, że czasem robią poważne rzeczy, a czasem człowiek jest w maliny wpuszczany. Lubiłem komiks „Ryzyko”, jeszcze przed „Kapitanem Żbikiem”. Mam odbite na ksero, bo oryginały drogie. Ciekawa fabuła tam była, choć nierealna, bo niemożliwe jest, żeby mafia w Polsce miała ośmiopoziomowe lochy. Tytusa też lubiłem i do X księgi są super.

W maju kończysz 50 lat. Będzie jakaś większa impreza?
Nie lubię składać przyrzeczeń, ale myślę o tym, żeby narzucić jakąś dietę, marzy mi się wegetarianizm, ale z drugiej strony, umówiłem się z Kelnerem, że barana upiecze na pięćdziesiątkę. Bo Kelner jest kucharzem i kiedyś tak zażartowaliśmy i na tym stanęło. W każdym razie balanga powinna być, bo pięćdziesiątka to bardzo ładna rocznica. Ja pamiętam, że 39 lat kończyłem w roku 2000 i sobie nie wyobrażałem wcześniej życia po roku 2000, a tym bardziej w takim zawodzie. Zresztą sporo mi się w życiu pozmieniało, bo był też przecież rozwód. Więc gdyby ktoś mi powiedział, że od 11 lat właściwie nie żyję, to się bym zastanowił, czy on czasem nie ma racji (śmiech).

Czego się życzy człowiekowi, który kończy pół wieku, grał w dziesiątkach zespołów i chyba robi to, co lubi najbardziej?
Zawsze jest jeden projekt, który powinien być zrobiony, choć nie można mówić, jaki to projekt. A poza tym to, głupio mówić, bo jestem stary, ale jeszcze nie aż tak stary, więc powiem szczerze, że baby mi jeszcze z głowy nie wyleciały. Kobiety to ogromna część życia i wiele z tego wynika.

Czy zbliżając się do pięćdziesiątki można powiedzieć, że jesteś człowiekiem spełnionym?
Unikam tego sformułowania i odradzam. Bo to jest tak, jak z tym króliczkiem, którego się goni. Mało tego, to jest niebezpieczne, bo mówienie ludziom, że trzeba się spełniać to mówienie im, że trzeba dążyć do tego, co może nawet nie istnieje. Bo co to znaczy być spełnionym? To tak samo, jak że „trzeba być sobą”. Ale co to właściwie znaczy? Tylko w danym momencie można być sobą.

Wywiad ukazał się w magazynie Free Colours nr 16.

DODAJ KOMENTARZ