The Vision: Dubowa wizja

0
1107

Jeśli wydaje się wam, że niemieckie reggae to Gentleman czy Seeed, a wcześniej nikt dźwięków zza Odry na wysokim poziomie nie grał, zapytajcie starych załogantów o The Vision. Ta grupa rządziła w magnetofonach polskich maniaków reggae w latach 90.

Jarek Hejenkowski

Pierwszy raz jamajskie dźwięki na żywo mieszkaniec Hanoweru Felix Wolter usłyszał pod koniec lat 70. w wykonaniu grupy Jamaica Papa Curvin. Wcześniej słuchał rocka, jazzu, zimnej fali i punka. Był perkusistą w zespole Der Moderne Man, basistą w Mythen In Tuten oraz bębniarzem w prawie żeńskiej grupie punky-reggae’owej Visionairies. Klasyczne reggae spodobało mu się. Założył więc grupę Radication Squad. Od niej już tylko krok dzielił od The Vision.

Początkowo był to projekt studyjny, w którym uczestniczyli także Natalie Deseke występująca pod pseudonimem „Sista Natty” albo „Miss D.” (którą Felix poznał w 1983 r., gdy śpiewała w grupie glam rockowej) oraz Jens „Rude 66” Müller. Natalie śpiewała i grała na bębnach, a Jens był człowiekiem-orkiestrą umiejącym zagrać na każdej rzeczy, która wydaje dźwięk. Wszystko to sklejał w całość Felix Wolter.

– Reggae od początku było dla mnie nie tylko muzyką, ale przeżyciem duchowym. Najpierw zwróciłem w nim uwagę na gruby bas. To było coś niespotykanego wtedy w innych gatunkach, kiedy królował pop. Dziś bas istnieje we wszystkich stylach muzyki tanecznej, a wtedy, kiedy nagrywaliśmy materiał w studiu, inżynier zwracał mi uwagę, że „bas jest zbyt mocny” i musiałem tłumaczyć, że jest dobrze – śmieje się Felix Wolter.

Początkowe dźwięki The Vision były surowe. Mówiono nawet, że to po prostu punkowa grupa, która stara się wplatać do swego repertuaru dźwięki jamajskie. Ale nie była to prawda. W tych dźwiękach była głębia.

– Używaliśmy na niektórych próbach nawet automatu perkusyjnego, żeby dźwięk był bardziej dubowy, ale to było jednak zbyt tandetne, aby zostało zaakceptowane, bo wtedy o reggae mówiono, że to punk, tylko trochę inny – wspomina jednak lider The Vision.

Jednak debiutancka płyta grupy „10 Tracks Reggae i Dubmusic” robi wrażenie bardzo dobre. Choć kupić ją niemal nie sposób, o czym przekonał się Mirosław „Maken” Dzięciołowski pragnący opowiedzieć o Vision w swojej audycji radiowej. – To fundamentalny album dla rozwoju europejskiego reggae – ocenia Maken, który wreszcie kupił debiut hanowerskiej grupy gdzieś w sieci.

Właśnie określenie „europejskość” jest dla dla The Vision kluczowym. Bowiem pod koniec lat 80. lider zespołu zafascynował się brytyjskimi produkcjami dubowymi i grupa poszła w tym kierunku.

Felix przyznaje, że wpływ na niego miały nie tylko produkcje On-U-Sound oraz Linton Kwesi Johnson czy Misty In Roots, ale też zespoły krautrockowe. Generalnie – wszystko co europejskie właśnie.

– Mój związek z reggae trwa jakieś dwadzieścia lat, a nigdy nie byłem na Jamajce. Za to kilka razy w Londynie – śmieje się Felix. – Pierwszy raz byłem tam w 1985 roku i poznałem Adriana Sherwooda, Heady Bennetta, Bonjo z African Head Charge czy Bima Shermana. Wielka szkoda, że już go nie ma. Wielkie wrażenie zrobiły też na mnie dubowe tańce Jah Shaki. To było bardzo oryginalne brzmienie.

Pod koniec lat 80. grupa zaczęła już sporo koncertować. Na żywo towarzyszyła im grupa Herbman Band. – Nie było wtedy łatwo znaleźć zespołu grającego reggae – przyznaje Felix.
Niestety, nawet w najbardziej zawalonych pajęczynami internetowych zakątkach nie można znaleźć nawet fragmentów ówczesnych koncertów The Vision. Ci, którzy je widzieli, wspominają, że dzisiejsze produkcje są na pewno tworzone z większym rozmachem. Ale tam nad wszystkim czuwał Felix. A on był dla koncertu kimś większym, niż sceniczny rozmach. Był dubowym huraganem.

Właśnie w tym okresie hanowerskich dubowców pierwszy raz usłyszała Polska. Ówczesna stolica nadwiślańskiego reggae znajdowała się oczywiście w Kluczborku.
Stałą współpracę z Felixem nawiązał Jarex, w którego projekcie Tabu Duby niemiecki producent ma całkiem spore zasługi, a kluczborski gitarzysta Tomasz „Sivy” Wójcik zagrał nawet z Vision jedną trasę w Niemczech.

– To były bardzo fajne imprezy. Zagraliśmy jakieś trzydzieści koncertów. Skąd się tam wziąłem? Po prostu ich poprzedni gitarzysta wsiąknął w klimaty hare-krishna i zamknął się w klasztorze. Więc zaproponowali granie mi, bo wtedy byliśmy z Bakshishem w Niemczech i graliśmy z Vision koncert – wspomina Sivy potwierdzając również tezę o tym, że zespół był bardziej popularny w Polsce, niż w swoim rodzinnym kraju.

Na owych koncertach jednak było po tysiąc-dwa tysiące ludzi, ale być może działo się tak dlatego, że Vision grało jako support dla popularnego za Odrą Jamaica Papa Curvina.
Obecnie Sivy kontaktu z Felixem Wolterem nie ma. Ale gdy dowiaduje się od nas, że ten wydał płytę ze starymi kawałkami zespołu zmiksowaną na nowo, mówi, że mu się z nim skontaktować. – Fajnie byłoby zrobić znów coś razem – przyznaje.

Po muzykach, szybko przyszedł czas na odbiorców. W połowie lat 90. na punkcie The Vision oszaleli polscy fani. Wydano u nas bowiem kilka albumów grupy na kasetach. Dubowe dźwięki z kojącym głosem Natalie znakomicie się nad Wisłą przyjęły.

– To w zasadzie początek mojej przygody z reggae i dubem, poza Billem Laswellem. Do dziś mam sentyment do tej prostoty brzmienia, pięknego wokalu i ogromnego wyczucia Felixa Woltera. Płyty takie jak „10 Tracks Reggae and Dub Music”, „Politoxicomania” czy „Mental Healing” to jest jak dla mnie absolutna czołówka brzmienia dub w Europie, a dziwne jest to, że w rodzimym kraju są mniej znani, niż w Polsce. Poza tym przez osobę Jarexa poznałem dużo opowieści o samym Felixie. Bardzo chciałbym z nim kiedyś popracować (śmiech). Piosenka „Ice & Fire” jest zawsze w moim odtwarzaczu mp3. Pełen szacunek dla The Vision – mówi Radek „Emzk” Ciurko, klawiszowiec wielu polskich grup reggae.

– To było gdzieś w okolicach 1996 roku. Kupiliśmy, zdaje się, na urodziny naszemu gitarzyście Ruskowi kasetę „Politoxicomania” Bo była na półce w dziale reggae i sprzedawca mówił, że fajne. W ten sposób się kiedyś kupowało albumy – ze śmiechem wspomina swoje pierwsze zetknięcie z zespołem Tomasz Krawczyk z Paprika Korps, który cały czas niemieckiego reggae-dubu słucha z przyjemnością, a w samochodzie ma „Namas te” i „Instrumental Healing”.

Pod koniec lat 90. Felix Wolter uznał, że czas The Vision minął. On sam zaczął się interesować mocniejszymi dźwiękami elektronicznymi. Tak powstał projekt Trance Vision Steppers. To nad Wisłą nie podobało się już tak, jak reggae’owe dźwięki.

Później Felix udzielał się w wielu innych projektach, współpracując z dzisiejszymi wielkimi niemieckiej sceny reggae – Gentlemanem, Dellem, czy grupą Far East Band.

Dziś działa pod pseudonimem Dubvisionist i zupełnie nieoczekiwanie postanowił wskrzesić The Vision. Oczywiście, nie w takiej formie jak kiedyś. Ale wydał już album „Dubvison II”. Równolegle współpracuje z pochodzącą z Jamajki, lecz mieszkającą od wielu lat w Niemczech wokalistką Sista Gracy.

Rozmowa z Felixem Wolterem

Jaki był pierwszy zamysł zespołu – projekt studyjny czy zespół grający na żywo?
The Vision powstało jako trzyosobowy projekt. Do koncertów na żywo wykorzystywaliśmy zespół Herbman Band.

Czy to prawda, że twój zespół był bardziej popularny w Polsce, niż w Niemczech?
Tego nie mogę powiedzieć, a to z powodu, że nie można chyba porównywać popularności.

Miałeś przed długi czas kontakt z Jarexem i zespołem Bakshish. Jak wspominasz tę współpracę?
W ostatnim czasie on wydał płytę „Friends – Lost Soundtrack” jako projekt T.Duby, w której miałem swój udział. Piosenka z tego materiału była nagrana i zmiksowana już w 1998 roku. Wcześniej była sesja z Bakshish w Łodzi w 1994. Były to super doświadczenia. Od tego czasu kocham Polskę. Czas spędzony w Łodzi był bardzo, ale to bardzo miły.

Czy nadal słuchasz reggae?
Oczywiście. Jeśli już zacząłeś słuchać tej muzyki, nie możesz już przestać. Ale, szczerze mówiąc, interesuję się bardziej okresem do końca lat 80. Nowy jamajski dancehall i głupie teksty homofobicznych artystów to obraza dla mojego serca i inteligencji. Odcinam się od takiej muzyki.

Niedawno wyszła płyta „Dubvision II”. To reaktywacja The Vision czy też wspomnieniowa kompilacja?
To ani próba reaktywacji, ani składanka. Ta płyta to kompilacja instrumentalnych dubów obrazujących moje aktualne zainteresowania i upodobania. Duby te powstały, kiedy współpracowałem z takimi artystami jak Gentleman, Far East Band, Mamadee & Tamika, Staccato Allstars, The Vision and The Herbman Band. W drodze jest już „Dubvision III”. Będą to nagrania powstałe we współpracy z The Senior Allstars z miasta Munster. To będą dźwięki łączące reggae, rocksteady, dub i jazz. To najlepsza mieszanka dla moich dubów.

Co porabiają teraz Natalie Deseke i Jens Müller?
Natalie pracuje dla internetowego radia. Jens znany też jako „Rude 66” zajmuje się produkcją prawdziwych, głębokich, podziemnych dubów.

Ty natomiast jesteś reżyserem dźwięku w studiu nagrań?
Nie, nie tylko. Współpracuję z takimi projektami jak PFL, Chin Chillaz, czy TVS. Działam też jako artysta pod pseudonimem Dubvisionst. Jestem też wciąż producentem, także w studiu, ale także wciąż gram na perkusji i remiksuję. Działam także w studiu Time Tools Recordings.

Materiał ukazał się w magazynie Free Colours nr 14.

DODAJ KOMENTARZ