Johny Rockers „Stay Connected”

0
484

Johny Rockers
„Stay Connected”
(Lou & Rocked Boys, 2017)

Warszawski zespół jest jednym z najświeższych i najciekawszych jednocześnie zjawisk w polskim reggae ostatnich lat. Daje on nadzieję, że niewątpliwy kryzys w tym gatunku minie szybko. Warunek jest jeden – że będzie więcej takich nowych formacji.

Pamiętam moje pierwsze zetknięcie się z tym zespołem. Było to podczas konkursu młodych zespołów na płockim Reggaelandzie. Montowali się długo (co mnie, jak wiadomo, potrafi zirytować), ale warto było czekać. Był to niewątpliwie najlepszy z pięciu występujących tego dnia zespołów.

Później przyszedł szybko koncert w Ostródzie (była to bodajże nagroda za zwycięstwo w Płocku), gdzie zespół potwierdził moje spostrzeżenia – choć są młodzi, to już nadają się na duże festiwale. Uwagę przykuwał zwłaszcza charyzmatyczny lider – wokalista Johny oraz śliczne dziewczę za bębnami – Kasia.

To jednak zbyt powierzchowne obserwacje, czego dowodem jest debiutancki album zespołu. Bowiem, choć z przyjemnością patrzy się na oboje, to jednak na płycie słychać całkiem sprawną machinę – ładnie pracujący bas, dodające przestrzeni klawisze i zgrabnie wplecioną w to gitarę. Myślę, że nawet zawodowi, wybredni muzycy z przyjemnością posłuchają tego, co ma do zaoferowania w debiucie Johny Rockers.

Najfajniejsze momenty na płycie to niezwykle melodyjny „Hey Gyal”, równie dobry „No Matter What They Say” (fajne, delikatne córki w tle), „No More” oraz „I’de” – nie tylko, że to jedyna zaśpiewana w języku polskim piosenka. Wrażenie budzi też lekko chantowa „My Youth (I Remember)”.

„Świat należy do tych, co ostatni schodzą z tonącego statku” – w czasie kryzysu nadwiślańskiego reggae to właśnie takie zespoły jak Johny Rockers udowadniają, że ten świat może należeć do nich. Nie kierują się modami, a grają to, co im w sercach gra.

DODAJ KOMENTARZ