Jolly Boys feat. Albert Minott „Great Expectation”

0
696
Jolly Boys feat. Albert Minott „Great Expectation” (Wall Of Sound, 2010)

Dawno już nie słuchałem mento i ze wstydem przyznaję, że ta strona korzeni reggae jakoś tak w mój spaczony gust nigdy nie trafiała. Lubię ludową muzykę, żywe granie itd., ale akurat płyty Jolly Boys, które wpadły w moje łapki, czyli „At Club Caribbean” i bardziej popularną „Pop ‘n’ Mento” wspominam raczej szorstko.

Pamiętam za to, że swego czasu Jolly Boys byli bardzo popularni na Jamajce za sprawą odkurzania historii muzyki ludowej. Dodam dla uściślenia, że Chłopcy działają razem na scenie od 1955 roku!, a z osobna mają jeszcze trochę indywidualnych doświadczeń. Dzisiaj, patrząc choćby na okładkę, widzimy sympatycznych starszych panów. Ale kiedy sięgniecie do sieci – bez trudu znajdziecie zdjęcia tych dziadków w odlotowych współczesnych ciuszkach i skaterskich butach na stopach.

O historii Wesołych Chłopaczków nie chciałbym się rozpisywać, bo materiału tu na duży artykuł, ale to, że ich kariera toczyła się podobnie do naszego Voxu (Boysi byli bandem hotelowym, restauracyjnym itd.) chętnie wspomnę. Od wielu lat związani są z wytwórnią Gee Jam, której współwłaściciel Jon Baker namówił panów na nagranie albumu innego niż wszystko co do tej pory robili.

Miały to być covery klasyków rocka zrobione w stylu modern mento. I co tu dużo pisać – już promująca płytę wersja „Rehab” Amy Winehouse zamiotła parkietami. Jak pomyślę sobie, że Albert Minott ma 71 lat, to pokłon złożyć wypada. Już od pierwszych dźwięków „Passengera” kwiczałem. Po „Perfect Day” było jeszcze lepiej. Pięknie brzmi „Hangin’ on the Telephone” – Blondie będzie dumna. Podobnie jak Stranglersi z „Golden Brown”. Osobiście zakochałem się w „Ring Of Fire” w wersji mento/calypso. Coverów w sumie jest 12 i uwierzcie, że jeden jest lepszy od drugiego.

Na takie mento to ja się piszę, choć tradycjonaliści pewnie nosy zwieszą na kwintę, że tradycji w nim ani krztyny. Ale jest radość, jest feeling i jest groove, no i te instrumenty – marakasy, bandżo, rumba box. A samej muzyce więcej nie trzeba. Panowie – byle do 200-tki!

Bozo

Recenzja ukazała się w magazynie Free Colours nr 15.

DODAJ KOMENTARZ