NORTHERN LIGHTS – STRATEGIA JEST NIEODZOWNĄ CZĘŚCIĄ

0
371

Pochodzą z Udine, miasta położonego nieopodal granicy ze Słowenią i Austrią, jednego z najbogatszych we Włoszech. Powstali prawie 20 lat temu i ciągle są wierni starej, dobrej sound systemowej szkole. Sami zbudowali sobie nagłośnienie, zorganizowali setki imprez, kolekcjonują płyty i ciągle starają się podwyższać poprzeczkę na scenie. Kochają rywalizację. Obecnie działają we trójkę, choć do Bielawy na tegoroczne Regałowisko dotarli tylko we dwoje. Selektorka Michelle (M) jest w ekipie od samego początku i zakładała go u boku Skunky D i Terryego B. Towarzyszący jej MC – Fyah ED (Ed) ma krótszy staż, ale odnajduje się znakomicie na froncie sceny prowadząc konwersacje z publiką i zagrzewając ją do wspólnej zabawy. A bawić się potrafią, bowiem za swoje osiągnięcia w tej dziedzinie zdobyli niejedno trofeum i umiejąc rozruszać ludzi na naprawdę światowym poziomie – wspominając ich udział w ubiegłorocznym World Clashu. Ale po kolei. Oto NORTHERN LIGHTS.

F.C.: Wiem, że to głupawe pytanie, ale przyznam szczerze, że nazwa Northern Lights nijak nie pasuje mi do włoskiego soundu. Swoje pochodzenie sami określacie mianem „dalekowschodniego” („Far East” – to nazwa bardzo popularnego riddimu z lat 70-tych, jednego z najbardziej znanych i najczęściej coverowanych – dop. red.). Ale odniesienia do zorzy polarnej jakkolwiek nie widzę…
Ed: Mnie nie wypada się w temacie wypowiadać, gdyż nie jestem w soundzie od początku, dlatego może lepiej byłoby gdyby odpowiedziała Michelle.

M.: Pamiętam taki fantastyczny poranek po jednej z imprez. Była 6 rano. Odpoczywaliśmy na zewnątrz naszego studio rozmyślając nad nową nazwą dla naszej ekipy, a musisz wiedzieć, że nazw wcześniej padło całe mnóstwo. Tak naprawdę od 1998 roku stale je zmienialiśmy, ale żadna nam nie pasowała. Ten moment kiedy siedzieliśmy na zewnątrz i patrzyliśmy na brzask podsunął nam pomysł. Northern Lights.

F.C.: Przepraszam was bardzo, ale ja nadal nie widzę w tym sensu. Słońce nie wschodzi na północy…
gromki śmiech).
Ed: Powiem to co usłyszałem od jednego z założycieli soundu, by jednak nadać tej nazwie sens. W początkach naszej historii ten sound był jedynym jeśli idzie o wschodnią część północnych Włoch. Tak było przez dłuższy czas. Z perspektywy mieszkańców środkowej czy południowej części naszego kraju wyprawa na nasze imprezy, gdzie mogłeś posłuchać muzyki na prawdziwym soundzie – własnych wzmacniaczach, własnych głośnikach – było daleką wyprawą na północ.

F.C.: Rozumiem zatem, że chodzi o gwiazdę przewodnią świecącą na północy, gwiazdę polarną.

Ed: Dokładnie o to chodzi. W tym cały sens.

F.C.: Michelle, pamiętasz jeszcze wasz najpierwszy clash z 2004 roku, kiedy potyczkowaliście się z I-shence?

M.: Oczywiście.

Ed: Ja też pamiętam, bo byłem wówczas wśród publiczności (śmiech).

M.: To było rzeczywiście 2004 w Bolonii. Szalona impreza. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy czym jest cały ten clash. To było już 14 lat temu… Ale mamy ciągle dubplate od Barringtona Levy nagrany specjalnie na to wydarzenie. „I, I the I-shence ah cry. Northern Lights gonna kill you tonight” (śpiew i gromki śmiech). Byliśmy przygotowani, bo mieliśmy też kilka dubplatów od lokalnych artystów.

F.C.: A pierwszy dubplate jaki pojawił się w waszym boxie to?
M.: Macka B. Numer „Soldier” na rytmie Jamdown. Został nagrany w 2001 roku.

F.C.: To teraz porozmawiajmy o sztuce, którą z powodzeniem uprawiacie. Bardzo stresujecie się przed wyjściem na scenę?

Ed.: Za absolutnie każdym razem. Bez względu na rozmiar imprezy na jakiej występujemy.
M.: Oj tak. Zawsze.

F.C.: W wywiadach mówicie o strategiach jakie przygotowujecie na każdą potyczkę. Rozumiem, że element zaskoczenia to coś co wywołuje u was stres?

Ed: Tak. Strategia jest nieodzowną częścią, ale nie tylko clashu. Nawet kiedy występujesz grając podstawowy juggling dance musisz umieć to dobrze rozegrać. Zawsze musisz mieć w głowie to, że występujesz dla ludzi. Granie dla samego siebie nie ma sensu. To znaczy możesz sobie pograć dla siebie, ale tylko wtedy kiedy zadowoliłeś ludzi do tego stopnia, że wyjdą z imprezy naładowani pozytywną energią. Po godzinie takiego grania możesz spokojnie powiedzieć im, że teraz zagrasz coś czego nigdy nie słyszeli. To podstawowa zasada. Natomiast co do clashu – nigdy nie wiesz czego możesz oczekiwać od przeciwników. Nawet jeśli wydaje ci się, że słyszałeś każdy ich dub.

F.C.: Sound clash rządzi się swoimi prawami jeśli chodzi o dobór artystów, riddimówitd. Z pewnością jednak sami też macie jakichś swoich faworytów, jakieś ery, które trafiają do was bardziej niż to, co czasami wypada zagrać. Przyznacie się do swoich fascynacji?

M.: Każdy z nas ma trochę inną historię.

Ed: Miałem chyba z 17 lat kiedy pierwszy raz miałem okazję zobaczyć Northern Lights w akcji. Pasowało mi, że grają reggae i stwierdziłem, że będę ich obserwował. Zauważyłem, że wówczas byli ekipą, która zawsze uwielbiała Sizzlę, Capletona, Anthonego B. Pamiętam taki riddim, na którym regularnie grywali tych 3 bobo artystów. Dla mnie to była edukacja. Tak to wówczas traktowałem. Ten sound ukształtował moje muzyczne gusta. Odegrał naprawdę ważną rolę. Ktoś z boku mógłby wręcz powiedzieć, że Northern Lights to ‘Capleton sound’. Pamiętam jak Terry B uwielbiał puszczać numery Capletona. Nie pamiętam już czy chodziło o trzeci dubplate od Kinga Shango, ale pamiętam ciarki jakie poczułem kiedy go puszczał. Do tego wszystko okraszone naprawdę dobrym wstępem. To było coś. Kto jeszcze…
M.: Buju. Zawsze.

F.C.: Czyli rozumiem, że era modern roots. Przełom wieków, te sprawy.

Ed: Tak jest, a to poniekąd związane jest z tym, że w tamtym okresie powstawał nasz sound. Zarówno Capleton jak i Buju byli wtedy na topie. Na nich się wychowaliśmy.

M.: Wszystko się zgadza. Moje lata, to lata 90-te. Sizzla, Buju, Capleton, Beenie Man.
Ed: Tak, Beenie. Jak można zapomnieć o Beenie! (śmiech).

F.C.: Porozmawiajmy chwilkę o Euro Rumble, które otworzyło wam jak dotąd najważniejsze drzwi –  spodziewaliście się, że jacyś brodacze z Polski tak pomieszają wam szyki?(śmiech).

M.: Serio? Chcieliśmy by wygrali.

Ed: I mówimy to zupełnie serio. Ja sam śledzę Splendidów od 2012 roku od Euro Cup (wygrany przez wrocławską ekipę Superlock’s Euro Cup clash, który miał miejsce 30. czerwca w klubie Yaam w Berlinie – dop. red.). to co wówczas zagrali, to było coś. Mocno im kibicowałem. Co więcej, jakieś 4 lata później sami clashowaliśmy się ze Szwajcarami z B.I.D (Back Inna Days). Zapamiętałem ich clash doskonale przygotowując się do naszego. Ale o czym chciałbym powiedzieć, to to, aby nie postrzegać soundu przez jego kaliber, przez jego duby, ale przez wibracje. Splendid umieją znakomicie rozgrzać publiczność. Są zawsze świetnie przygotowani. Dobrze zapowiadają utwory. W tym zawiera się najważniejsza zasada imprez. Chodzi przecież o zabawianie ludzi. Przede wszystkim chodzi o to, by ich zainteresować. Splendidzi znakomicie to opanowali. Co ciekawe – wcale nie musisz mieć w boxie dubów największego kalibru. Kiedy jesteś skupiony, dbasz o dobrą selekcję, umiesz zaciekawić ludzi – impreza może być twoja.

F.C.: Ale jednak strzelili sobie sami w stopę Lloydem Parksem z „Mafia”. Prawdę mówiąc sam nigdy bym nie zaryzykował zagrać ten numer przeciwko Włochom,, niemniej zakładam, że chcieli wykorzystać to jako element zaskoczenia.

Ed: A ja się cieszę – nie dlatego, że mieliśmy ten sam numer. Ale dlatego, że coś takiego w ogóle się pojawiło. Dobrze odrobili pracę domową.

F.C.: Z drugiej strony mieliście idealne kontruderzenie.

Ed: Zgadza się. Ładnie się złożyło, choć trochę przypadkowo, bo nie planowaliśmy w ogóle grać tego duba.

M.: Mnie było naprawdę przykro z tego powodu. Jakieś sześć miesięcy wcześniej popełniliśmy podobny błąd clashując się w Anglii.

F.C.: Warto jednak zauważyć, że waszą przewagą było to, że graliście jako drudzy.

M.: Oczywiście.

F.C.: Nie wydaje się wam to trochę niesprawiedliwe? Zdaję sobie sprawę, że znalezienie złotego środka byłoby bardzo trudne, ale poniekąd sound grający jako pierwszy skazany jest na porażkę, choćby z takiego powodu, że ekipa grająca po nich może mieć w swoim zasobie ten sam riddim, z tym samym artystą i wypaść tylko z tego tytułu lepiej. Przynajmniej w oczach i uszach publiczności.

Ed.: W pełni się z tobą zgadzam. To jest niesprawiedliwe. Ale taka jest formuła.

F.C.: Wy też tego doświadczyliście. Patrząc choćby na War Ina East, gdzie jednym punktem przegraliście grając jako pierwsi. Można liczyć jeszcze na łut szczęścia?

Ed.: Pewnie, że tak. Szczęście to również ważna rzecz. Na szczęście nie znasz wszystkich ludzi na sali, by wiedzieć jakie mają gusta.

M.: Zauważ też kwestie wyboru. W Euro Rumble mieliśmy okazję obserwować przeciwników i odpowiadać im. W War Ina East chyba po prostu dokonywaliśmy złych wyborów.

Ed.: Coś w tym jest. Na długo zapamiętam jak Ruffpack zagrali w odpowiedzi Johna Holta „Stealing stealing”.

F.C.: Muszę przyznać, że czuć w tobię tę żyłkę rywalizacji Ed. Nawet teraz(gromki śmiech).
Ed.: Kocham to. To przecież gra. Po prostu to uwielbiam. Tyle emocji. Mogę o tym mówić jakby to miało miejsce wczoraj. Oczywiście bez zarzutów, czy zazdrości. To jednak jest pewien rodzaj rywalizacji, ale musimy dokonać rozdziału – tego co na scenie względem tego co po imprezie. Uwielbiam ten moment kiedy dobrze mi się z kimś walczy, ale świetnie czuję się kiedy z tym samym gościem po wszystkim idziemy na piwo, rozmawiamy i czujemy jakąś wspólną więź, wzajemnie się rozumiemy. To jest piękne. Jesteśmy przecież ludźmi.

M.: Rywalizacja tylko na scenie!

F.C.: Mieliście okazję pojawić się w kwaterze głównej clashu – klubie Amazura w ramach Pemier League Soundclash. Jak było? Jakie są wasze wrażenie?

M.: Było dziwnie (śmiech). Trzeba  wspomnieć, że to wielkie miejsce. Ogromna hala.

Ed: Zupełnie inne doświadczenie. Włączone światło. Masa ludzi wszędzie, włącznie ze sceną. Ciężko jest tam grać. Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że było to ciekawe doświadczenie. Uważam, że byliśmy trochę spóźnieni. Zwłaszcza w 3 czy 4 rundzie. Kiedy zdecydowaliśmy się na rytm Cuss Cuss i tune’y po 70-80 BPM’ów licząc na jakiś hype, a jego nie było. Pamiętam, że pierwsza runda była bardzo spoko. Potem drugą też rozpoczęliśmy znakomicie od customa ze świetnym, humorystycznym tekstem na Babyface’a (jeden z członków King Addies – dop. red.) „Everytime Addies voice a dub, Babyface ah catch a stroke” („Kiedy Addies nagrywają duba, Babyface zalicza udar”) – za to otrzymaliśmy chyba największą owację. Cała sala się śmiała, przewinęliśmy tego duba, a wszyscy jeszcze przez jakieś 10 sekund rechotali. Rundę zakończyliśmy jednym z naszych najmocniejszych pocisków „Rumours” riddim – i odbiór był naprawdę dobry. Zebraliśmy też naprawdę dobre recenzje. Ludzie po imprezie podchodzili do nas i mówili  – przyjeżdżacie z takimi rzeczami w 2018 tutaj – świetna robota!

F.C.: Powiedzcie teraz proszę, kto spośród żyjących artystów jest na waszej liście do nagrania dubów?

Ed: No cóż, nie jesteśmy Japończykami więc to oczywiste, że nie stać nas na Jimy’ego Cliffa. A naprawdę chciałbym mieć duba od niego.

M.: Ja to bym chciała jeszcze ze 30 dubów od Buju, serio (śmiech). Mamy już kilka, ale nigdy za wiele.

Ed: Wiesz jak złapiesz już tę dubową gorączkę, to działa jak uzależnienie. Chcesz więcej, częściej, ciekawiej. Tylko nagrywać, najlepiej codziennie.

M.: Ja to bym chciała weteranów jak Wayne Wade.

Ed.: Dużo też zależy od okazji. Pamiętam jak w 2003 Northern Lights współorganizowało show z Barringtonem Levy, który nagrał nam kilka dubów. To było coś – puścić 4-5 dubów od Barringtona pod rząd. Miałem chyba z 19 lat i pomyślałem wtedy – „Wow! To jest coś. Tak trzeba to robić”. Z takich opcji potem rodzą się stałe relacje. Kiedy artysta pojawia się we Włoszech – możesz podejść, pogadać, zapytać czy cię pamięta itd. To bardzo miłe.

F.C.: Wiem, że to może niegrzecznie mówić o pieniądzach, ponoć dżentelmeni o nich nie rozmawiają, ale jednak soundclash kojarzy się z wydawaniem sporych sum pieniędzy i trudno temu zaprzeczyć.

Ed: Wielkich pieniędzy (śmiech).

F.C.: No właśnie. To może uchylicie choć rąbka tajemnicy i powiecie ile trzeba zainwestować chcąc przygotować się do takiej imprezy jaką jest World Clash?

Ed: Trzeba rozgraniczyć pewne kwestie. My jednak jesteśmy stosunkowo młodym soundem jeśli idzie o clashową scenę.

F.C.: Pytałem o podobną rzecz także chłopaków z Mighty Crown…

Ed: To już wiesz, że rozmawiamy o zupełnie innych pieniądzach (śmiech).

M.: Szczerze mogę powiedzieć, że nie wydaliśmy ogromnych pieniędzy na World Clash. Szczerze. Ale to dlatego, że byliśmy spłukani (gromki śmiech).

Ed: A tak zupełnie serio zauważ, że Euro Rumble odbyło się 3 miesiące wcześniej. Czyli masz trzy miesiące na to by się przygotować. Z naszej perspektywy to niemożliwe. Mamy jednak szczęście być powiązani organizacyjnie z kilkoma festiwalami, co dało nam możliwość – dzięki bezpośrednim kontaktom z artystami – by nagrać Maxa Romeo, Luciano…

M.: Ky-Mani Marleya, Aidonię.

Ed.: Przez to, że mieliśmy możliwość poznać tych artystów, porozmawiać z nimi, wytłumaczyć w czym rzecz, ich postawa wobec nas była wspaniała. Zrozumieli czym jest dla nas możliwość uczestnictwa w takim wydarzeniu.

M.: Wszystkim mówiliśmy, że jesteśmy z małego miasteczka. Że to nasz pierwszy World Clash, spełnienie marzeń.

Ed.: Największym zaskoczeniem był Aidonia, który obecnie jest przecież jednym z najgorętszych artystów. Ten człowiek tak mocno się zaangażował, tak bardzo mu się spodobaliśmy, że moglibyśmy uznać go za jednego z nas. Naprawdę się cieszył. No i właśnie takie chwile kiedy możesz porozmawiać z artystą, powodują, że kwestia pieniędzy nie odgrywa już tak wielkiej roli. Zauważ, że żyjemy w czasach mediów społecznościowych – informacje o tym, że gdzieś odbywa się sesja dubplatowa rozchodzą się bardzo szybko. Do tego stopnia, że otwierasz apkę, wchodzisz na forum, grupę czy coś w tym stylu i sprawdzasz kto w tym momencie nagrywa. Nawet nie tego dnia, a dokładnie w tym momencie. To istne szaleństwo. Brakuje w tym jednak tego elementu zaangażowania. Płacisz i czekasz na efekt. I to czekasz krótko, bo płacisz paypalem i dostajesz numer natychmiast. To właśnie w tym momencie ujawnia się najbardziej ta negatywna strona pieniędzy, które musisz zaangażować. Jeśli jeszcze masz jakieś specjalne wymagania co do rytmu, napisałeś kilka własnych linijek – wówczas zapłacisz więcej i nie masz wpływu na to, czy one się pojawią w ogóle w numerze czy nie kiedy pracujecie na odległość. Pieniądze odgrywają zatem bardzo dużą rolę. To istny rynek. Inna sprawą, że dzięki postępowi znacznie więcej ludzi ma możliwość zamawiać dubplaty. To przez to rosną ceny, artyści stają się super popularni itd.

F.C.: A jednak po dżentelmeńsku (śmiech). To przyznajcie, który z posiadanych przez was dubów jest tym, na który wydaliście najwięcej pieniędzy?

Ed: Powiedziałbym, że kombinacja Alkaline – Mavado.

M.: Absolutnie.

Ed: Zrobiliśmy to tylko ze względu na World Clash. W każdym innym przypadku nigdy nie nagralibyśmy takiego duba. Z prostej przyczyny – po prostu nie byłoby nas na to stać. Właśnie dlatego wspomniałem, że Japończycy chociażby są dla nas innym światem. Z punktu widzenia finansowego, ekonomicznego. Mówimy o dwóch różnych płaszczyznach wartości pieniądza.

M.: Trzeba też dodać, że we Włoszech granie imprez nie jest specjalnie dochodowe.
Ed: No właśnie. Przez ostatnie 2 lata zagraliśmy chyba z 7 clashy – każdy następny większy od poprzedniego. Musimy wystopować i dlatego też jesteśmy tutaj – przyjeżdżamy grać imprezy.

M.: By móc wreszcie zarobić wreszcie trochę pieniędzy (śmiech).

F.C.: Niebawem będziecie mieli doskonałą okazję by je wydać. W przyszłym roku 20-lecie soundu.

Ed: Dokładnie tak! (gromki śmiech)

F.C.: Pamiętam, że na 15. urodziny zaprosiliście Killamanjaro – zresztą na Youtube dostępne jest video z tego wydarzenia. Zdradźcie proszę, co planujecie na przyszły rok i okrągły jubileusz?

Ed: Nie chcemy zapeszać, bo bardzo chcemy by wszystko się udało, ale Michelle ma takie małe marzenie od 5, a może nawet 10 lat by zaprosić pewien sound.

M.: Nie wiemy jeszcze czy to się w ogóle uda. Ale mam swój plan i zrobimy wszystko by się udało. Dla mnie będzie to szczególny rok, bo nie dość, że 20-lecie soundu, to jeszcze ja sama kończę 40 lat (śmiech).

Ed: Czy ty to powiedziałaś? O nieeee, ona się przyznała! (śmiech).

M.: Na razie nic więcej nie zdradzamy (śmiech), ale to będzie wielkie wydarzenie.

F.C.: Trzymam w takim razie kciuki za powodzenie waszej misji. Ale przekornie zapytam, który z soundów jest waszym ulubionym.

M.: (śmiech). Sprytnie, ale zupełnie szczerze powiem, że dla mnie najbardziej ulubionym jest Killamanjaro. Poza tym bardzo lubię oczywiście Bass Odyssey, Stone Love, ale mój sound to Jaro. Po prostu.

Ed: U mnie to zależy od ery. W przeszłości, jak oczywiście pamiętasz, słuchaliśmy muzyki z kaset. Pamiętam jak chyba w 2000 roku Skunky D – oryginalny micman Northern Lights podszedł do nas i dał nam kilka kaset do posłuchania. To były jakieś mikstapy, na którym strasznie spodobała mi się jedna piosenka. Chciałem ją bardzo znaleźć, ale na Napsterze mi się to nie udało, za to znalazłem wówczas clash Killamanjaro z Caveman Sound System. Co ciekawe tylko stronę Jaro (śmiech). No i od tamtego momentu połknąłem bakcyla. Strasznie się w to wkręciłem. Potem King Addies, to, że Babyface grywał często sam. To było niesamowite. Robiło na mnie wrażenie. Potem Bass Odyssey, no i LP – jak mogłem nie wspomnieć o LP!? (śmiech). Oni też zrobili na mnie wrażenie. Pamiętam jak mieliśmy okazję współpracować przy imprezie, na której pojawił się Puma. Duże przeżycie. Zawsze byłem pod wrażeniem ich kolekcji. Jeśli idzie o Europę, to powiedziałbym, że I-shence.

M.: Tak. I-shence!

Ed.: Od nich wiele się zaczęło we Włoszech. Pamiętam jak grali wspólnie z Northern Lights w okolicach 2000 roku na RAS sound system. To były wówczas wielkie rzeczy. Kamienie milowe w historii.

F.C.: OK, to czego – poza odpoczynkiem i zarabianiem pieniędzy możemy się spodziewać z waszego obozu w najbliższej przyszłości? Swoją drogą jest jedna rzecz, której moim zdaniem wam brakuje i moglibyście poświęcić na nią nieco więcej czasu – promocja!

M.: Trafiłeś w punkt. Masz całkowitą rację. Trzeba jednak dodać, że my też mamy regularną pracę i życie, zwłaszcza ostatnio pogodzenie wszystkiego nie jest takie łatwe.

Ed.: Właśnie. To też trzeba powiedzieć, bo tu jesteśmy w sumie we dwójkę, a przecież jest nas trójka. Brakuje dziś DJ’a Deso, który jest moim rodzinnym bratem, ale mieszka w innym mieście. Nasze obecne studio znajduje się w jego domu. We trójkę jeździmy właściwie tylko na clashe – głównie dlatego, że Deso ma małą córeczkę i nie jest mu łatwo pogodzić wszystko. Dlatego na regularne imprezy jeździmy we dwoje. Na tym się teraz skupiamy, a muszę powiedzieć, że otrzymaliśmy sporo ciekawych propozycji, m.in. z Indii, Afryki, Kanady, Ameryki. Myślę, że jesteśmy teraz w momencie wyjazdowym. I to tak na poważnie.
M.: Ale masz rację, że potrzebujemy lepszej promocji.
Ed.: Nadrobimy to! (śmiech).

Rozmawiał Arkadiusz „Bozo” Niewiadomski

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułZA ZU ZI „Tyłem do przodu”

DODAJ KOMENTARZ