AYARISE „Nothing to hide”

1
1097

Ayarise – Nothing to hide

(Karrot Komando, 2018)

Na długo przed powstaniem całego albumu miałem okazję słuchać jego promomiksu, który już sugerował, że polskie reggae choć wydaje się w odwrocie, znów zaświeci jaśniej. Nim go odpaliłem przeczytałem od deski do deski recenzję popełnioną przez zaprzyjaźnionego z grupą dr. Bartosza Wójcika – znanego popularyzatora kultury karaibskiej, filologa, tłumacza, a także członka lubelskiego kolektywu Roots Defender. I dałem się jego słowom ponieść, choć zespół sam znany mi jest od dawna, to jednak tak ładnej stylistycznie laurki nie powstydziłaby się żadna kapela. Jak sugeruje Bartosz – zespół, cytując tytuł płyty, nie ma nic do ukrycia, ale z drugiej strony – wszystko do pokazania i osobiście zgadzam się z tym twierdzeniem, bo różnorodność jest tu naprawdę duża. A w dodatku tak sprawnie, z polotem i smakiem zagranego reggae w różnych odmianach próżno szukać pośród rodzimych wykonawców (przepraszam, jeśli niektórzy poczują się urażeni, ale to mój prywatny pogląd). Długo czekałem na tę płytę, czy zbyt… Chyba nie, bo już od pierwszych jej taktów czuję się usatysfakcjonowany. Muzycznie znakomita, wokalnie  porządna, w warstwie tekstowej przyzwoita. W sumie cechy takie powinien każdy dobry album posiadać, ale konia z rzędem temu, kto wskaże mi na naszej rodzimej scenie album, który mógłby się tym wszystkim pochwalić przy zachowaniu tej różnorodności stylistycznej, sprawności i lekkości z jaką grają Ayarise. Co prawda ja sam trochę musiałem swego czasu poświęcić, by przyzwyczaić się do głosu Artamana i chyba w dalszym ciągu utyskuję na zbyt mało Lady Dębowej w utworach. Ale to niemal minęło, bo oficjalna odsłona wymazuje ze mnie te niedoskonałości. Zapewnienie przez Bartosza o sięganiu po tradycję jamajskich gwiazd wokalnej ekwilibrystyki jak Alton Ellis czy Ken Boothe nie jest przesadzone, bo Artur naprawdę znakomicie daje sobie radę. Wyjątkiem jest soulowo brzmiący „My Baby”, którego zespół mógł sobie darować. Taki numer przystaje śpiewakom weteranom cieszącym się ogromną estymą pokroju Beresa Hammonda, wspomnianego Kena Boothe’a czy Jimmyego Cliffa. Artur ma jeszcze czas, by do tego dorosnąć, a słodycz tego numeru jest nieco nadmierna. Poza tym album zagrany jest z dużym wyczuciem, nienachalnie i z cudownymi smaczkami w postaci różnej maści efektów. Osobiście jestem fanem kunsztu mojego tarnobrzeskiego kolegi Piotra Kiliańskiego – takiego klawiszowca powinna mieć w zestawie każda kapela sięgająca po tzw. „parapet”. Znane i lubiane „Send Dem” i „From A Cold”, świeży, ciepły „Message” czy „True Love” przywołują na myśl dokonania najlepszych zespołów nurtu muzyki serc w naszym kraju. Ogromnie ucieszyły mnie także bonusy z przecudownym „Life Is Worth”, który uwielbiam od pierwszego przesłuchania oraz fenomenalnego Whatta Situation” z wokalem Watzka Warzyniaka będącego odpowiedzialnym za produkcję krążka. Wypada prosić tylko o więcej – dlatego proszę – AYARISE – nie każcie nam czekać na więcej was samych na scenach klubów i festiwali w Polsce i zagranicą. To jest wasz czas. Wykorzystajcie to!

Arek „Bozo” Niewiadomski

Płyta do nabycia: https://sklep.zima.slask.pl/2112-ayarise-nothing-to-hide-.html

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułSULĘCIN REGGAE FESTIWAL
Następny artykułMELLOW MOOD „Large”

1 KOMENTARZ

  1. Małe sprostowanie się należy – Za produkcję płyty odpowiada 2sides studio, a nie Watzek – on wyprodukował utwory bonusowe.

DODAJ KOMENTARZ