Janusz „Piosenki o miłości”

0
780
Janusz
„Piosenki o miłości”
(SP Records, 2011)

Jak mówi stołeczny wokalista w jednym z wywiadów, tata pokazał mu, jak się można pobawić sprzętem w domowym studiu. Z czasem zaczął robić sam muzykę, a w końcu tata powiedział, że jest ona na tyle dobra, że można ją wydać.

Bardzo szanuję Kazika Staszewskiego (bo to słowa jego syna), ale jestem odmiennego zdania. Ten album został wydany zbyt wcześnie. Już singiel Janusza, który omawialiśmy rok temu, budził duże zastrzeżenia ascezą aranżacyjną, kiepskimi predyspozycjami głosowymi Janusza i bezpośredniością, żeby nie powiedzieć, miałkością tekstową.

Od tego czasu nie zmieniło się wiele. Ale jest za to album. Płyta przypomina mi brzmieniem demo. Zawartością zresztą też. Niby w niektórych rytmach są fajne melodie, ale brzmią one tak płasko, albo surowo, że można je uznać za zaczątek podkładów, a nie gotowe produkcje.

Fajny jest choćby rytm do „Bóg jest wielki”, ale ubogość instrumentalna nie pozwala tego pomysłu w pełni wykorzystać. Wokalnie jest też słabo, bo Janusz głos ma bardzo przeciętny i co tu owijać w bawełnę, niewyćwiczony. Słychać to zwłaszcza na kompozycjach wolnych, niezwykle ciężkostrawnych.

Lepiej idzie Januszowi na rytmach szybszych, bo dancehallowe „Władza” i „Wstań” są do przyjęcia. Choć teoria o dobrych szybkich piosenkach upada, kiedy słuchamy następującym kiepściutkiego „Tak, tak”.

Ten materiał może byłby fajny, gdyby ktoś czuwał nad produkcją i podpowiadał Januszowi, co i jak zrobić. A tak, mimo że robiony pewnie w zawodowym studiu, materiał brzmi niczym z domowego.

Jarek Hejenkowski

Recenzja ukazała się w magazynie Free Colours nr 16.

DODAJ KOMENTARZ