Leroy Sibbles: Pan Bas

0
933

Kiedy słucha się Leroya Sibblesa opowiadającego o wczesnych latach swojej kariery, odnosi się wrażenie, że ten facet próbuje nam wmówić, że stworzył najsłynniejsze riddimy w reggae.  A wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? On rzeczywiście to zrobił! Znany przede wszystkim jako główny wokalista najlepszego jamajskiego trio wokalnego – The Heptones, jest także jednym z najlepszych basistów i kompozytorów, jakich dała światu Jamajka. Urodzony gawędziarz, po występie na Folk Festivalu w Krotoszynie, zdołał nam ukazać zaledwie początek swojej muzycznej drogi. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś ta opowieść doczeka się dalszego ciągu.

Pytania zadawali: Grzesiek „manfas” Kuzka, Krzysiek Wysocki,
Robert „Nesta” Lisiecki

 

Grupa Heptones została założona przez Barry’go i Earla a ty dołączyłeś później?
Nie, zrobiliśmy to razem! Oni śpiewali wcześniej razem, ale to nie byli Heptones. Dopiero gdy zacząłem z nimi śpiewać, pojawiła się nazwa Heptones.

Masz bardzo emocjonalny sposób śpiewania jak w muzyce soul, czy to była twoja inspiracja?
Chciałbym tak myśleć (śmiech). Inspirowali nas wykonawcy pokroju Curtisa Mayfileda, dlatego założyłem grupę. Tak naprawdę to ja byłem motorem tego zespołu. To ja pisałem i aranżowałem harmonie, ustawiałem chłopaków, rozumiesz? Groove i to wszystko było ustawiane przeze mnie, napisałem 90% kawałków.

Przed Heptones śpiewałeś w innej grupie …
Zanim spotkałem Barry’ego i Earla, była taka mała grupa, w której śpiewała dziewczyna, nie pamiętam teraz nazwy, której używaliśmy. Robiłem tam chórki, nie byłem głównym wokalistą. Poszliśmy do Treasure Isle na przesłuchanie, powiedzieli, żebyśmy wrócili, ale grupa wcześniej się rozpadła. Wtedy Barry, Earl i ja postanowiliśmy utworzyć Heptones – wszyscy mieszkaliśmy w jednej okolicy, byli po drugiej stronie płotu (śmiech). Powód był tak naprawdę jeden – był taki gość, który nazywał się Ken Lack, który szukał nowych talentów. Napisałem wtedy dwie piosenki – jedna nazywała się „School Girls”, druga „Gunman”. Zaczęliśmy nagrywać dla jego labelu Caltone. To były nasze pierwsze nagrania.

Czy to była odpowiedź na przemoc rudeboy’ów?
Wtedy nie było przemocy! Nie pamiętam skąd wzięła się ta piosenka (śmiech). Po prostu przyszła do mnie. Byli wtedy rudeboye, ale nie było broni, żadnego strzelania, to było potem. Wtedy były noże, maczety…

Kamienie i butelki…
Tak, tak! Byłeś tam wtedy? (śmiech)

Jak trafiłeś do Studio One?
Po tych dwóch piosenkach, mocno zainteresowaliśmy się muzyką, to było fajne (śmiech). Poczuliśmy smak przyszłości. W tamtym czasie właśnie skończyłem szkołę. Mama wzięła mnie do miejsca, gdzie miałem zdobyć zawód spawacza. Wtedy nie ćwiczyłem muzyki całymi dniami, tylko wieczorami wyciągałem gitarę, którą kupiłem za pierwsze zarobione pieniądze. Mama była wściekła (śmiech). „Potrzebujesz jedzenia, ubioru!” – ale wybrałem gitarę, ona była moją przyszłością. Grać na gitarze nauczył mnie jeden dreadlock, rastaman, Hontly. Nasiąkłem tą wiedzą jak gąbka. Jak szalony zacząłem pisać piosenki. Gdy spędzałem dzień w domu, pisałem dwie, trzy piosenki. Dzieliłem wokale na osoby, wszystko aranżowałem. Gdy się spotykaliśmy, mówiłem ‚ty śpiewasz to, ty tamto’. Nie wiedziałem, że będzie się to wiązało z dalszymi rzeczami, gdy dotrę do Studio One. Gdy trafiłem do Studio One, poznałem Jackie Mittoo, najlepszego klawiszowca i aranżera, najlepszego muzyka, jakiego spotkałem w swoim życiu. Grał na naszym pierwszym albumie, trzymaliśmy się z nim, to Jackie nauczył mnie grać na basie. Pewnego dnia miał mieć koncert w klubie, ale brakowało basisty. Powiedział więc „Leroy, może ty?”. „Nigdy nie grałem na basie”… Ale przekonał mnie i nauczył kilku piosenek. Graliśmy w klubie „Tit For Tat”, mieścił się na Red Hills Road. Gdy tam zagraliśmy, byliśmy „źli”! Spaliliśmy ten klub (śmiech). Graliśmy tam przez trzy lub cztery miesiące. Później angielska firma tytoniowa, Embassy Kings, czerwono-białe pudełka, weszła na nasz rynek. Chcieli wypromować swoje papierosy na Jamajce. Utworzyli zespół, w którym śpiewał Ken Boothe. Grałem tam ja, Robbie Lyn, Eric Frater na gitarze. Graliśmy dla nich przez miesiąc lub dwa, papierosy nie przyjęły się – rozdawałem jej kartonami, nikt ich nie chciał (śmiech). W końcu staliśmy się zespołem studyjnym. Pierwszą piosenką nagraną przeze mnie i przez Jackie Mittoo, było „Baby Why”, hit, numer jeden. Tak samo druga strona tego singla, „What Kind of World” nagrana przez Cables. Gdy Jackie wyjechał do Kanady, wszystko w Studio One zwolniło, nie było nikogo, kto byłby w stanie przejąć jego obowiązki. Próbowano z Ernestem Ranglinem, ale to był jazzman, zamiast reggae produkował jazz, nie to z czego słynęło Studio One (śmiech). Później był jeszcze jeden klawiszowiec, nie pamiętam jak się nazywał. Jakoś tak później wyszło, że wyprodukowałem dwie piosenki i one się spodobały. W końcu zostałem aranżerem i basistą w Studio One, prowadziłem również niedzielne przesłuchania młodych talentów. Wyszukiwałem nowych artystów na kolejny tydzień, pracowaliśmy od poniedziałku do piątku, od dwunastej do piątej, codziennie. Pracowałem tak w Studio One przez przynajmniej trzy lub cztery lata. Jestem odpowiedzialny za przynajmniej 60% klasycznych linii basowych ze Studio One.

Jaki jest twój ulubiony riddim?
Zaraz o tym opowiem spokojnie, spokojnie – bądźcie cierpliwi (śmiech). Znacie album Dennisa Browna „No Man Is An Island”? To jest „zły” album! Gdy kładziesz go na talerz gramofonu, nie przeskakujesz piosenek, niech gra. Zapalasz spliffa i mówisz „tak, to jest ‚zły’ album” (śmiech). Pomówmy jeszcze o albumach – John Holt „A Love I Can Feel” (Leroy śpiewa ‘they will rob and cheat you’ ze „Stranger In Love”) – „zły” album, zagrałem na nim całym. Alton Ellis, Ken Boothe – z nimi wszystkimi pracowałem. Jeśli chodzi o single to „Stars”, „Queen Of The Minstrels” – niedawno tego riddimu użyła młoda dziewczyna Jasmine Sullivan, słyszeliście o niej? Stworzyłem też riddimy dla Abyssinians – „Satta Massagana”, „Declaration Of Rights”. Oprócz tego „Ten To One”, „Guiding Star”, „Pick Up The Pieces”, „Nanny Goat”, „Freedom Blues” – Sly i Robbie ukradli to od nas i nazwali „MPLA”, nie lubię takiego postępowania. To wszystko moje linie basowe… Z „Full Up” jest taka historia. Był taki wolny dzień, gdy nie mogliśmy znaleźć nikogo, kto mógłby zaśpiewać. Siedzieliśmy sobie, rozmawialiśmy, aż stwierdziłem – zróbmy numer instrumentalny! Ty grasz to, ty tamto. Kocham Jackiego Mittoo, więc powiedziałem do Robbie Lyn „zagraj to jak Jackie”. Jeszcze raz numer jeden! Wtedy zrobiliśmy jeszcze jeden instrumental – „In Cold Blood”. To ja jestem prawdziwym basistą, nie żaden Robbie Shakespeare – Robbie robbed me (gra słów – Robbie mnie obrabował – przyp.red.) (śmiech). Co poza Studio One? Weźmy ten numer Dennisa Walksa, „Drifter“. Z Joe Gibbsem zaśpiewaliśmy na albumie „Heptones Meet The Now Generation”, płyty dla Island. Ostatni hit do jakiego nagrałem linię basu to „Book of Rules”.

W Studio One nagrałeś piosenkę „Fatty Fatty”. Naprawdę lubisz pulchne dziewczyny?
(śmiech) Kiedy na Jamajce mówimy o dziewczynie fatty fatty, to nie mamy na myśli grubych dziewczyn, ale takie zaokrąglone, słodkie, takie które mają w sobie coś fajnego (śmiech).

Materiał ukazał się w magazynie Free Colours nr 14.

DODAJ KOMENTARZ