Paprika Korps: Pełna świadomość

0
12604

Chyba nie ma nikogo, kto słucha reggae i nie zetknął się z nazwą Paprika Korps. Zespół od kilkunastu lat gra, jak sam określa, heavy-reggae. Cokolwiek to znaczy, brzmi bardzo intrygująco. I jak można się przekonać słuchając płyt czy bywając na ich koncertach, połączenie tych dwóch gatunków może być ciekawe i wciągające, o czym świadczy liczna grupa fanów, rozsiana po całym świecie. Wywiad przeprowadziliśmy po gliwickim koncercie Papriki, gdzie w całkiem zacnej atmosferze porozmawialiśmy o nowej płycie, trasach koncertowych za granicą, historii i kilku innych sprawach.

Zima

 

Czy „Metalchem” to wasza najlepsza płyta?
Piotr: Oczywiście, że tak! Byliśmy w pełni świadomi tego, co chcemy w studio osiągnąć, nikt niczego nie podpowiadał, pełna świadomość, w którą stronę zmierzamy. Jesteśmy z niej bardzo zadowoleni, także pod względem brzmienia. Wcześniej wszystkie utwory ograliśmy na koncertach, także jest to przemyślany materiał, nic nie było robione na ostatnią chwilę.

Na nowej płycie pojawiają się chórki, jest ukłon w stronę raggamuffin, przestrzeń, dużo dubu, ale jednocześnie nie rezygnujecie ze swojego charakterystycznego stylu, w którym rządzi mocna gitara. Skąd pomysły na takie właśnie granie?
Piotr: To nie jest tak, że my siadamy i postanawiamy, że będzie tak czy inaczej. Spotykamy się na próbach, gramy piosenki i wspólnie postanawiamy, jak zabrzmi dany utwór. Nie robimy niczego z premedytacją, to jest nasz styl, z którego jesteśmy znani, ludzie to rozpoznają i dzięki temu różnimy się od innych zespołów. Przesterowana gitara dodaje graniu dużo emocji i energii.

Muzyka na czwartej płycie odzwierciedla wasze muzyczne fascynacje?
Piotr: Tak, zdecydowanie. W naszym paprykowym busie przeplatają się najróżniejsze muzyczne inspiracje. Od dancehallu reprezentowanego przez Kubę do Neurosis, czyli bardzo ciężkiego, mocnego grania, którego to fanami są gitarzyści zespołu.

A to, że gracie w wielu projektach, ma też wpływ na waszą muzykę? Na nowej płycie pojawiają się skrzypce. To pewnie od Żywiołaka?
Piotr: To bardzo przyjacielskie kombinacje u nas i generalnie w Karrot Kommando. Realizowane są, bo się bardzo lubimy i staramy nawzajem wspomagać i przy okazji sprawiać, by muzyka była coraz ciekawsza.

Kto jest największym motorem działań muzycznych w Paprice?
Piotr: Dużo muzycznych projektów jest autorstwa Marcina, czyli wokalisty i gitarzysty. Ale generalnie muzykę tworzymy razem, każdy dodaje coś od siebie. Nie ma tak, że ktoś przychodzi na próbę z gotowym kawałkiem, a my tylko realizujemy jego wizję. To wspólna, rozbudowana koncepcja wszystkich muzyków.

Nowa płyta pojawiła się na portalu Myspace, gdzie można nabyło odsłuchać za darmo. Jako jeden z pierwszych zacząłeś w naszym kraju sprzedawać muzykę w formacie mp3. Czy to dobry ruch od strony marketingowej i handlowej?
Piotr: Ja mam wrażenie, że zaczyna się robić tak, że jak ktoś będzie chciał ściągnąć płytę przez Internet a nie wspomagać zespół, to i tak to zrobi i oszukiwanie się, że tak nie będzie, jest bez sensu. Ściganie piractwa jest niewykonalne. To tak ogromna skala i prędkość działania, że nikt nie jest w stanie nad tym zapanować. Doszliśmy do wniosku, że damy ludziom muzykę. Może to pomoże w znajomości piosenek wykonywanych na koncertach i na fakt, że jakaś grupa osób, która nigdy wcześniej nie słyszała o Paprice – ją pozna jak na MySpace posłucha za darmo. Ci, którzy będą chcieli kupić naszą płytę, to i tak to zrobią.

A jak jest ze sprzedażą muzyki w formacie mp3? U nas cały czas to jednak nowość.
Piotr: Szaleństwa nie ma, nie ukrywajmy tego. Przychodzą zamówienia, ale nie są to duże pieniądze, póki co. Problem leży w mentalności Polaków – jak coś się da ściągnąć za darmo, to ściągamy. Nie ma prostego przełożenia, że kupując płytę, wspieramy zespół, który kochamy. To niestety u nas nie działa. Są kraje, w których ludzie są bardziej świadomi tego, co słuchają i dlaczego muszą za to zapłacić. U nas jest inaczej i chyba musimy się z tym pogodzić.

Masz Piotrze wytwórnię płytową i jednocześnie agencję koncertową, która organizuje koncerty zespołom, które wydajesz. To dosyć pionierskie jak na nasz kraj.
Piotr: Wzorcem dla nas były działania agencji zagranicznych. Takie przyjęliśmy założenie, że wydawane przez nas płyty będą rozkręcać koncerty a działalność koncertowa będzie napędzać sprzedaż płyt. To pierwsze się sprawdza. To drugie już mniej.

Jak wyglądają twoje relacje z zespołami, które wydajesz i którym organizujesz koncerty?
Piotr: My dosyć świadomie dobieraliśmy ludzi, z którymi będziemy współpracować. I, póki co, to się sprawdza. Zespoły rozumieją nasze posunięcia, cała działalność jest przejrzysta, wszyscy się przyjaźnimy i nie ma na tym polu większych problemów. Miejmy nadzieję, że tak już pozostanie.

Jesteście, zespołem który zagrał bardzo dużą ilość koncertów poza naszymi granicami. Nie wiem czy nie pobiliście rekordu Polski, przynajmniej jeśli chodzi o muzykę reggae.
Łukasz: To za mocno powiedziane. Metalowcy kładą nas na łopatki pod tym względem. Dużo podróżują też zespoły punkowe. W wielu miejscach, w których graliśmy, koncertował kiedyś Post Regiment.

A jest jakieś szczególne miejsce na mapie waszych podróży które utkwiło wam szczególnie w pamięci?
Łukasz: To się nie da tak określić.W wielu miejscach panują skrajnie różne klimaty. Ciężko byłoby wskazać, czy wybrać jedno konkretne miejsce. Udało nam się przejechać Europę niemalże wzdłuż i wszerz. Były trasy, jak pamiętna włoska sprzed kilku lat, gdzie wszystkie koncerty były na squatach, a ten, kto zna włoskie squoty wie, o czym mowa (śmiech). Udało nam się dojechać aż do Nowosybirska co też było mocnym wydarzeniem w historii zespołu. Grywaliśmy naprawdę w przeróżnych miejscach. Temat na pięć wywiadów.

Ewenementem jest Finlandia. Gracie tam bardzo często.
Piotr: Mamy kilka krajów, do których rokrocznie wracamy. To właśnie Finlandia, Chorwacja, Niemcy. Wywalczyliśmy w tych krajach taką pozycję, że możemy tam wracać i grać w pełnych salach. I to jest największy sukces naszej działalności. Zawsze nam zależało, by podróżowac, zwiedzać ciekawe miejsca, poznawać ludzi. Cieszę się, że teraz, kiedy już jesteśmy starsi, możemy żyć z muzyki. Na początku działalności byliśmy bardzo młodzi, na niczym nam tak bardzo nie zależało, liczył się wyjazd. Teraz było by znacznie ciężej rozkręcać granie poza granicami, które często równało się graniu za darmo.

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz zagraliście za granicą?
Piotr: Pierwszy koncert zagraliśmy w Niemczech, załatwił nam go Maken. Potem w małym krakowskim klubie „Re” zagrał zespół ze Stanów – Pleasure Forever. Szkoda, że już nie istnieje, bo był to nawiasem mówiąc świetny skład. Ich ówczesny menedżer wspomniał, że dzień wcześniej w chorwackim Zagrzebiu spali w domu promotora wyjątkowo lubiącego reggae. Adres pocztowy został zanotowany (maile miał jeszcze wtedy mało kto). Wysłaliśmy mu naszą pierwszą kasetę, przyszło zaproszenie i tak to się zaczęło. Pojechaliśmy na trasę, przekonując się, że to możliwe. Tam poznaliśmy kilka zespołów, które też tak podróżują i doszliśmy do wniosku, że skoro im się udaje, to może i nam się uda. I tak właśnie dzięki uporowi i wytrwałości, wysyłaniu nagrań w niezliczoną ilość miejsc, teraz jest dużo prościej.

Czy to, że śpiewacie tak dużo utworów w języku angielskim, wynika właśnie z tego, co opisywałeś?
Piotr: My mamy po prostu problem ze śpiewaniem po polsku. Za każdym razem, jak zaśpiewamy w rodzimym języku, mam wrażenie, że jest to jakieś takie nieskładne. Stąd wiele piosenek po angielsku. Na nowej płycie staramy się to zmienić, bo chcielibyśmy mieć więcej utworów w naszym języku. Jak się przekonacie na „Metalchemie”, jest ich więcej niż zwykle.

A jak wygląda nasza scena reggae z perspektywy zagranicy? Da się zauważyć jakieś zainteresowanie polskimi wykonawcami?
Kuba: Za granicą my nie funkcjonujemy na scenie stricte reggae. Wśród naszych promotorów jest rozstrzał na ludzi, którzy organizują koncerty dancehallowe, punkowe czy hard core. Są także przyjaciele robiący nam koncerty, bo nas lubią, tacy starzy hipisi. Ci, którzy się interesują muzyką, wiedzą, że w Polsce takowa scena istnieje i że na tle europejskim nie jest tak źle. Ale rzeczywiście, oprócz nas niewiele zespołów reggae funkcjonuje poza granicami Polski. Może jest tak jak w hip-hopie, gdzie duże znaczenie mają teksty i jeśli one są po polsku, trudno oczekiwać, że europejscy fani będą uczyli się polskiego języka. Nam też trudno ekscytować się nawijaczem, który używa niemieckiego czy włoskiego. Mamy za to dobre riddim bandy, grające z zagranicznymi wykonawcami występującymi u nas i oni właśnie są bardzo chwaleni.
Łukasz: Inna sprawa, że scena reggae jest jednak dosyć hermetyczna. Zamykają się na innych. Zespoły, które chcą podróżować, muszą bardziej wykazać się wszechstronnością, ludzie chcą czegoś nowego, czego w swoim kraju nie mają.

Grając za granicą staracie się reklamować naszą muzykę?
Kuba: Ja naklejam wszędzie naklejki East West Rockers!
Piotr: Jest tak, że pojawiają się ludzie ciekawi polskiej muzyki i sami się pytają, co u nas słychać? Ale sami od siebie byśmy mieli organizować koncert muzyki polskiej, to nie. Nie mamy ku temu jakiś specjalnych możliwości. Za to wymieniamy się czasami płytami, nie tylko z naszej wytwórni.
Łukasz: Kilka zespołów, na przykład Vavamuffin czy Duberman, zagrały dzięki nam na festiwalu w Chorwacji czy Finlandii. Bezczynni nie jesteśmy.

Paprika istnieje od 1995 roku. Piotr dołączył w 1998, wcześniej grałeś w NBS, trochę zapomnianym, ale fajnym zespole. Jak to się stało, że dołączyłeś do Papriki?
Piotr: Nie za bardzo już pamiętam, przyszedłem na próbę, byłem gitarzystą, ale oni takowego nie potrzebowali, wiec zabrałem się za klawisze, na których nie umiałem grać.
Łukasz: Potrzebowaliśmy klawisza do dwóch kawałków, Piotr zagrał w tych utworach, się wkręcił, zaczął śpiewać. Ja tego nie bardzo ogarniałem. Takie wrogie przejęcie, ciach, ciach i elegancko się zainstalował (śmiech).

Jak to robicie, że przez tyle lat gracie razem, bez zmiany składu?
Łukasz: Ostatnio właśnie nad tym myślałem i doszedłem do wniosku, że to właśnie przez wspólne trasy koncertowe. Nie ma czegoś takiego, że zagramy trzy koncerty i lecimy do domu, a jak cię coś wkurzy, to idziesz i się zamykasz. My, będąc w jednym aucie, nie mamy takiej możliwości. W razie konfliktu, albo się wszystko wyjaśni, albo kończymy trasę.
Piotr: Z drugiej strony, są zespoły, które po pierwszej długiej trasie się rozpadają. My przystosowaliśmy się, mamy tyle samo lat i znamy się długo. Podobne rzeczy nas cieszą i to sprawia, że nie mamy takich problemów.

Kim jest tajemnicza wokalistka na waszej nowej płycie?
Piotr: Wokalistka, jak sam powiedziałeś, chce pozostać tajemnicza. Zdradzę, że jest piękną kobietą i nazywa się Spoko Mariola, no i ma ciekawy głos.

Wywiad ukazał się w magazynie Free Colours nr 14.

DODAJ KOMENTARZ