Rootz Underground: Korzenni szaleńcy

0
10467

Niektórzy na rodzinnej wyspie pewnie traktują ich jak dziwaków. No bo kto gra roots, kiedy cała Jamajka tętni dancehallem? Ale oni wybrali inną drogę i jako kolejni potwierdzają, że jeśli w coś się wkłada serce, to ludzie to docenią, zauważając autentyczność. Ubiegłoroczny koncert tych młodych muzyków wywołał na festiwalu w Ostródzie euforię. Oto rozmowa ze Stephenem, wokalistą Rootz Underground.

Jarek Hejenkowski

Czy to prawda, że znaliście się bardzo długo jako dzieci, zanim zaczęliście grać?
Tak, to prawda.

Skąd zatem w grupie ludzi, która zna się od dawna, powstaje myśl o założeniu zespołu?
Przyszło to z powodu świadomości, że świat się rozpada i tylko muzyka może utrzymać nas razem.

Zaskakujące jest, że jako młodzi muzycy nie podążyliście śladem tego, co dominuje na Jamajce, czyli dancehallu.
My nie idziemy za modą na dancehall. Wyznaczamy nowe kierunki.

No właśnie. O waszej muzyce mówi się, że jest prawdziwa właśnie dzięki temu, że nie podążacie za modami…
To jest dar od Najwyższego, tak jak zresztą cała muzyka. Dlatego muzyka musi odzwierciedlać wszystkie nastroje rodzaju ludzkiego.

Słuchasz w ogóle dancehallu?
Bardzo dużo. Mieszkam na Jamajce, a tutaj ma on bardzo silną pozycję. Dancehall ma znacznie mocniejszą pozycję i jest znacznie bardziej popularny, niż próbują to zdefiniować to media. Jednak wciąż powstaje tutaj także roots. Czasem dochodzi do sytuacji, że selektorzy na imprezach sound systemowych grają nas w setach dencehallowych.

Możesz powiedzieć coś o swoich muzycznych inspiracjach?
Inspiracja jest wszędzie, otacza nas i przytłacza. To jest jak kropla wody, która jest jednak częścią potężnego oceanu.

Słychać u was czasem sporo jazzu. Dzięki temu jesteście często wymieniani obok Groundation…
To pytanie czy komplement? Bo my kochamy Groundation, ich styl i to, że odkrywają nowe dźwięki dla świata. Dlatego dziękuję za ten komplement.

Czy jest wiele innych młodych zespołów jamajskich, które starają się grać muzykę roots?
Jest ich sporo. Są to Black Soil, Dubtonic Kru, Mystic Revalayion, Black Zebra, C Sharp, Marcus I and the Revolutionaries, From the Deep, Robot Taxi, Raging Fire, Protégé and the Rebels. Listę można ciągnąć długo.

Czy na Jamajce jest jeszcze miejsce dla koncertów klasycznych zespołów czy tylko sound systemy albo wokaliści z riddim bandami? Często gracie tam koncerty?
Oczywiście, że wciąż jest u nas miejsce dla koncertów w klasycznym rozumieniu tego słowa. Jest u nas miejsce dla każdej muzycznej prezentacji.

Czy próbowaliście swoich sił w wersji sound systemowej albo w innych projektach?
Jasne, że tak. Współpracowaliśmy z sound systemem Solomonic, z Robem Paynem z Filadelfii, jamajskim Rockers International oraz Transdub Massive z Belgii. Bardzo dużo podróżujemy i w trakcie tych wyjazdów nawiązujemy współpracę z wieloma takimi projektami.

Mijają dwa lata od waszego debiutanckiego albumu „Movement”. Co on zmienił w waszym życiu?
Duchowy rozwój zatacza coraz szersze kręgi na całym świecie i ma znaczenie dla wszystkich ludzi, którzy są spostrzegawczy i wrażliwi. Dlatego także my zdajemy sobie sprawę z faktu, że rozwijamy się przez każde doświadczenie, które ma miejsce na Matce Ziemi a odbywa się za sprawą Ojca Czasu.

W jednej z piosenek śpiewasz o młocie („Hammer”). Do czego to raczej niebezpieczne narzędzie może być przydatne ludziom głoszącym hasła o pokoju?
Młot jest symbolem narzędzia, które jest potrzebne, aby osiągnąć pokój, o którym mówimy. Każdy mówi o pokoju, ale dziecinnym jest myśleć, że może on zostać osiągnięty bez jakiegoś działania. Świat jest bowiem wypełniony wojną. Dlatego młot jest tym działaniem. My wykorzystujemy muzykę jako młot, a nasz głos jest po to, aby zaśpiewać wspólnie jak bardzo zły jest ten system, który nas dzieli. Chodzi też o to, aby przypominać ludziom, aby byli silni dla siebie samych.

W waszych piosenkach często można znaleźć odniesienia do Jah. Wnioskować można, ze jesteście rasta… Czy rastafari ma jakiś wpływ na to, co tworzycie?
Rastafari jest światłem, które świeci w ciemności. Jest przykładem i kierunkiem ku uzdrowieniu Afryki i przyniesieniu równości rodzajowi ludzkiemu. Dlatego głosimy chwałę Jah w każdym momencie.

Śpiewasz często o wolności i równości. Ważne są symbole, czy w piosenkach starasz się wskazywać konkretne problemy?
Problemy są więcej, niż oczywiste i staramy się je poruszać w połączeniu z uzdrawiającą muzyką. Jasnym jest, że my nie zaczęliśmy tej linii, a tylko kontynuujemy pracę wszystkich żołnierzy reggae, którzy grali przed nami, a którzy są naszą inspiracją. Ostatecznym celem tego jest wybawienie poprzez miłość Jah.

Czy mowa o repatriacji ludzi z Jamajki do Afryki wciąż powinna być traktowana dosłownie jak w latach 30? Bo afrykańscy muzycy jak Tiken Jah Fakoly czy Alpha Blondy mówią otwarcie, że to bez sensu, bo w Afryce jest gorzej, niż u was.
Uważam, że repatriacja jest bardzo ważna i konieczna dla całej afrykańskiej diaspory. Ale to nie jest łatwe zadanie, mając na uwadze przeszłość kolonizacyjną i cały szereg przepisów prawnych, które od tego czasu się pojawiły. Jeśli Afryka byłaby zjednoczona i wolna w tej chwili, bylibyśmy tam bardzo mile widziani i na pewno znalazłoby się dla nas miejsce wśród naszych braci i sióstr w afrykańskim domu. Musimy więc wszyscy starać się, jak tylko potrafimy, aby uczynić Afrykę silniejszą. Nie możemy stać w miejscu, ale walczyć o wolność dla Afryki. Póki co, trzeba nauczyć się żyć w miłości, gdziekolwiek rozrzucił nas na ziemi Jah. Należy więc się także przyzwyczaić do życia w danym miejscu i wypełniać swoje przeznaczenie.

Wielu rasta nie czuje sympatii do Watykanu i dominującej w Europie religii chrześcijańskiej. W piosence „In the Jungle” pojawia się motyw Watykanu. Możesz powiedzieć coś o tym?
Watykan jest reprezentacją wszystkich tych zorganizowanych religii świata. Oni ukrywają przed nami prawdę, albo pokazują nam tylko jej część. Uważają, że takie działanie jest konieczne. Ale nieważne jaka religia, to miłość jest silniejsza niezależnie czy to Watykan, czy coś innego. Miłość Jah jest najsilniejsza.

Na 2009 rok zapowiadano wasz drugi album „Gravity”. Jednak nastąpiły opóźnienia.
„Gravity” zostanie wydany w czerwcu (rozmawiamy wiosną 2010 – dop. red.) Opóźniliśmy wydanie, żeby być pewnymi, że wszystko na tej płycie będzie doskonałe. Nie serwujemy bowiem jedzenia, dopóki posiłek nie jest gotowy.

W międzyczasie daliście możliwość, aby wasz album „Alive” można było ściągnąć za darmo. To nie ryzykowne? Bo ludzie mogą przestać kupować wasze płyty, skoro mają nagrania za darmo.
Istnieje pewne ryzyko, ale jest to również okazja dla fanów, aby nas jeszcze bardziej polubili. Publikowanie muzyki w sieci w pewnym aspekcie jest nawet lepsze, bo tylko prawdziwi fani zostaną z zespołem i będą go wspierać. Jesteśmy więc skłonni dzielić się naszą muzyką również z tymi, których nie stać na nasze płyty. To perfekcyjne rozwiązanie.

Jak powstają wasze piosenki? Najpierw jest muzyka, czy słowa? A może jeszcze jakoś inaczej?
Na wszystkie sposoby. Muzyka powstaje w specjalnym miejscu, Jah daje nam do niego klucz. Więc idziemy do tego miejsca, otwieramy go kluczem od Jah i wracamy z piosenkami.

Wasz koncert w Ostródzie zapisał się mocno w świadomości fanów. Jak wy go wspominacie?
To był jeden z naszych najlepszych występów. Podoba mi się, gdy padają bariery, a fani wchodzą na scenę. Bardzo miło wspominam ich reakcje, sympatię, uśmiechy, łzy przed, podczas i po koncercie.

Często zapraszasz publiczność na scenę?
To muzyka mówi do nich. Czasem ludziom udaje się wejść na scenę. Ale najczęściej jest za dużo ochroniarzy (śmiech).

Czy ludzie tańczący między wami na scenie nie przeszkadzają trochę w graniu muzyki?
Nie. Pomagają nam w lepszym graniu. Oczywiście, dzieje się to tylko wtedy, gdy jest wystarczająco dużo miejsca do grania.

Jesteś niezwykle ekspresyjnym wokalistą. Czy to jakaś zaplanowana choreografia?
To dźwięki duszy powodują, że tańczy się naturalnie do muzyki. One sprawiają, że stajemy się szaleni i wypełnieni naturalną ekspresją free-stylee dancing.

Jeden z was fryzują przypomina Shaggy’ego. Głos ma też podobny?
On jest gitarzystą i śpiewa przede wszystkim poprzez swoją gitarę. Może gdyby był wokalistą, to brzmiałby jak Shaggy, ale nie śpiewa zbyt często.

Mieszkacie w Kingston. Doniesienia medialne o strzelaninach i przemocy na Jamajce nie zachęcają do odwiedzenia wyspy. Czy obraz Jamajki jako krainy przemocy jest prawdziwy?
Wszędzie bywa raz lepiej, raz gorzej. Jamajka jest małą wyspą, na której codziennie są jakieś problemy, ale też codziennie dochodzi tam do cudów. Choć rzeczywiście, byłoby dużo lepiej, gdyby ludzie mieli więcej perspektyw. Jednak władze kraju sprawiają, że rośnie desperacja. Jamajczycy nie są na co dzień agresywni. Oni chcą po prostu przeżyć. Tymczasem system nie zaspokaja ludzkich potrzeb i trzeba łamać bariery, aby do czegoś dojść.

Czy jest różnica między odbiorem waszej muzyki na Jamajce i w Europie?
Różnice są duże. W końcu muzyka jest interpretowana poprzez indywidualne doświadczenia ludzi, którzy jej słuchają. Odbiór różni się więc w każdym państwie. Jednak jest jedna rzecz, która wszędzie się powtarza. To miłość i potrzeba miłości.

Niedawno zaangażowaliście się w pomoc dla Haiti…
Zachęcaliśmy ludzi do ściągania naszych piosenek za darmo i wspomagania przy okazji ofiar trzęsienia ziemi w Haiti. Jest wiele miejsc, gdzie ludzie potrzebują pomocy. Jednak gdy każdy z nas działa, wtedy te małe, indywidualne działania sprawiają, że osiągnięte mogą być znakomite efekty.

Na koniec pytanie, którego wasi fani w Polsce by nam nie wybaczyli. Kiedy zagracie u nas ponownie?
Już niebawem. A kiedy przyjedziemy, każdy musi przyjechać i nas zobaczyć oraz usłyszeć. Do zobaczenia w Polsce.

Wywiad ukazał się w magazynie Free Colours nr 14.

DODAJ KOMENTARZ