Parassol: Materiał taki oldschoolowy

0
12365

Parassol to zespół, który nie wdarł się szturmem w świadomość fanów reggae, ale mozolną pracą osiąga to, co chce i debiutancka płyta jest tego przykładem. Roots reggae, jakie grają, to szacunek dla tradycji, ale także oryginalne podejście do muzyki. Odwiedźcie klub, jeśli do waszego miasta zawita załoga z Solca Kujawskiego. Warto!

Marek „Zima” Niewiarowski
Fot. Archiwum zespołu

 

Skąd pomysł na taka trochę nie reggae’ową nazwę?
Kuba: Pomysłodawcą nazwy kapeli jest Wiciu, ale dlaczego zaraz nie reggae`owa ? Wraz z upływem czasu wydaje nam się coraz bardziej trafiona, jest Ok (uśmiech).
Wiciu: No właśnie, mi się wydaje, że jest jak najbardziej regałowa. Z nazwą kapeli od początku nie było łatwo. Zbieraliśmy z bratem skład, ruszyły już pierwsze próby, a  pomysłu jak się nazwać nie było. Chciałem, aby sama nazwa zespołu już coś o nas mówiła, co gramy, kim jesteśmy skąd się wzięliśmy i takie tam. Tak więc na początku było Ras, chyba tłumaczyć nie trzeba. Potem Sol od naszego miasteczka z którego pochodzimy to jest Solca Kujawskiego. W pierwszym składzie większość z nas była z Solca, oprócz Pawła wokalisty. Obecnie trochę się to pozmieniało i większa część zespołu pochodzi z Torunia. Więc było RasSol, dodałem Pa i wyszło PaRasSol. Powstał ParasSol, który chciałbym aby chronił nas nie przed deszczem czy słońcem, ale przed całym tym syfem wokół nas, przed zalewem tandety i plastiku, przed fałszem, obłudą i zakłamaniem, którego wiele dookoła. Mam nadzieję, że ochroni.

Wygraliście w 2010 roku konkurs organizowany na festiwalu w Ostródzie. Jak traktujecie tę nagrodę – jako przepustkę do grania większej ilości koncertów? Czy w czymś ta nagroda pomogła?
Łukasz: Ja wygrałem tę nagrodę już drugi raz w życiu. Być może nikomu się to wcześniej nie udało (śmiech), lecz tym razem odebrałem ją bardziej osobiście. Nagroda pomogła mi upewnić się, że warto grać. Tym bardziej, że ciągle mamy pod górkę, w sensie: zmiany w składzie, problemy z  salą prób itp. Zwycięstwo na festiwalu w Ostródzie to na pewno prestiżowa nagroda i pomaga w promocji zespołu, która jest przecież bardzo ważna, a u nas trochę to kuleje.
Kuba: Młode zespoły, bo najczęściej takie biorą udział w tego typu konkursach, a w szczególności ich laureaci, zyskują przede wszystkim, oprócz nieopisanego szczęścia i satysfakcji, pewnego rodzaju poczucie pewności siebie i potwierdzenia słuszności dążenia wyznaczonym sobie szlakiem, zwłaszcza wtedy gdy zwycięzcę wybiera publika. Świadomość tego, iż większość zebranych pod sceną ludzi, podobnie odbiera i czuje wibracje które im wysyłamy ze sceny…czy może być jakaś lepsza nagroda?

Kilka miesięcy temu mieliście okazje grać z Rootz Underground, zespołem coraz bardziej rozpoznawalnym w świece reggae . Jak wspominacie ten koncert?
Łukasz: Rootz to pierwsza klasa. To był niewątpliwy zaszczyt grać przed nimi i uczyć się od nich tego, co my musimy zdobywać ciężką pracą, a oni mają to naturalnie. Podglądaliśmy ich zawodowstwo, ich feeling, ich ekspresję, ich luz na scenie. Brzmieli niesamowicie. To było bardzo potrzebne doświadczenie, to były dla mnie takie krótkie warsztaty, jak powinno się grać.
Paweł: Koncert wspominam bardzo miło, mały dreszczyk był, ale atmosfera i poziom tych dwóch koncertów – świat. Pamiętam jak w Bydgoszczy basista pokazywał jakieś patenty brzmieniowe i pochody – bardzo edukacyjny wyjazd.
Kuba: Szczerze mówiąc, nie jestem zagorzałym fanem ich twórczości, mają kilka fajnych numerów, ale do samego faktu zagrania dwóch koncertów akurat przed nimi, podszedłem bez większych emocji. Zdecydowanie bardziej, cieszyła mnie możliwość zaprezentowania się w miejscach, w których do tej pory nie graliśmy koncertów, chociażby „Eskulap” w Poznaniu czy bydgoski „Mózg”.

Bardzo oryginalna okładka krążka od razu kojarzy się z latami osiemdziesiątymi zeszłego wieku. Czy to sentyment za minionymi czasami, czy może jesteście fanami singli winylowych?
Łukasz: To zamierzone działanie. Materiał też jest taki trochę oldskulowy. Okładka jest pomysłem Tomka – klawiszowca, który jak zawsze robi wszystko „na szybko”, a wychodzi genialnie. Też bym tak chciał. Od razu ją zaakceptowaliśmy. A co do winyli, to pamiętam jak w dzieciństwie puszczałem sobie na gramofonie brata jego oryginalną, angielską płytę The Beatles, bo mi się jakiś instrumentalny numer spodobał. Puszczałem ją tak często, że ją nieźle porysowałem (śmiech). Mega wspomnienie! Tak, dla mnie to jest sentyment do gramofonów, igieł, trzasków.
Tomek: Jest to zdecydowanie sentyment za muzyką czasów minionych, która jest dla nas największą inspiracją. Dodatkowo przewrotnie odnosi się do tytułu płyty (uśmiech).
Kuba: Zdecydowanie zamiłowanie do winyli, nie tylko single, LP jak najbardziej! Winyl rządzi!

Jakbyście zachęcili słuchaczy do kupna waszej płyty?
Łukasz: Nagrywaliśmy ją chyba z rok. Jest to wynik naszej ciężkiej pracy w studio, dlatego warto kupić. Na rynku muzycznym jest pełno nowoczesnego grania, z mnóstwem elektroniki, wyszukanych beatów. Nasza muzyka na tej płycie to nie jest to co dziś produkuje się na kilogramy. My prezentujemy muzykę prostą i w stylu lat 80. Jeśli chcecie wrócić w tamte czasy, to musicie koniecznie jej posłuchać!
Kuba: Jeśli macie ochotę pobujać się w umiarkowanym rytmie do naszej muzyki, okraszonej prostymi i  nieskomplikowanymi tekstami z życia i o życiu…zachęcamy do zakupu naszego albumu.

Tytuł „Krok do przodu” to także krok do większej rozpoznawalności? Czy uważacie, że w dzisiejszych warunkach można zrobić karierę muzyczną grając reggae?
Paweł: Czy można zrobić karierę – zależy od rozumienia tego słowa. Dużo pracy , determinacji i  trochę dystansu – i można robić coś na fajnym wysokim poziomie i być z tego zadowolonym.
Łukasz: Myślę, że można, o ile ktoś stawia  sobie taki cel. Kamil Bednarek zrobił (śmiech). Fajnie. Być może to trochę pomoże muzyce reggae, której nie ma za wiele w radio czy telewizji. A kariera kusi, owszem, ale trzeba mieć dystans do tego, stanowczo nie jest najważniejsza! Nie jesteśmy przecież młodzieniaszkami, którzy myślą, że podbiją świat. To już za nami. Jasne, że miło gdy się jest rozpoznawalnym, ale to na pewno nie jest główny cel naszej działalności.
Kuba: To chyba zależy, co tak naprawdę mamy na myśli mówiąc „kariera”. Jak już wspominał Łukasz, wiadomo, że reggae nie jest specjalnie promowane w naszych mediach, po za dwoma stacjami radiowymi (nie internetowymi), ciężko usłyszeć o rodzimym reggae w eterze, nie mówiąc już o telewizji. Na szczęście jest Internet, i tu już jest zdecydowanie lepiej. Na popularność danej kapeli, w głównej mierze, ma wpływ ilość granych koncertów, im więcej tym większa kariera. Ogólnie rzecz ujmując, wydaje nam się, iż można zrobić tzw. karierę grając reggae, ale w naszym kraju, bardziej lokalnie niż globalnie. Są oczywiście wyjątki i oby było ich jak najwięcej.

Słuchając płyty mam wrażenie, że jesteście optymistami. Urodzonymi?
Kuba: A to ciekawe spostrzeżenie (śmiech). To indywidualna kwestia każdego z nas, ale chyba rzeczywiście większość to optymiści… Ja jestem urodzonym (śmiech).
Łukasz: Ja od zawsze byłem optymistą! Pozytywnie nastawiony do świata. Dziś dodatkowo wiem, że nawet jeśli przychodzą jakieś trudności w życiu, to nie należy załamywać rąk, tylko podnosić się i walczyć. Przeżycie takich problemów, paradoksalnie, często może przecież pomóc. Być może inne zespoły, na naszym miejscu, już dawno by się rozwiązały z takimi problemami jakie mieliśmy. My jednak trwamy, bo wierzymy, że możemy jeszcze zagrać niejeden koncert czy nagrać niejedną płytę.

Mimo że nie macie małego składu – nie kusi was, by powiększyć zespół o sekcję dętą i na przykład chórki?
Łukasz: Ja bym bardzo chciał zaangażować sekcję dętą. Nadaje muzyce oddech. Być może kiedyś uda się zebrać taką sekcję, niekoniecznie na stałe, i zagrać z nimi jakiś materiał. Jednak nie mam na to spinki. Chórek też fajna sprawa. Chłopaki mówią, że w następnym etapie naszego grania będę śpiewać drugi głos (śmiech). Pewnie spróbuję i zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Kuba: W tej kwestii mamy różne zdania, ale póki co, zostajemy w szóstkę. Już przy takim składzie dochodzi często do problemów podczas ustalania dat prób czy koncertów, nie zawsze wszystkim pasuje, a im więcej ludzi w zespole tym jeszcze trudniej się zgrać.

Jesienne plany koncertowe?
Łukasz: Podobno będą koncerty wraz z premierą płyty we wrześniu. Już się nie możemy doczekać, bo każdy z nas ma głód grania, zwłaszcza po tym jak całe lato przespaliśmy, z powodu wyjazdu Kuby. Obycie sceniczne to podstawa.
Wiciu: Z tymi koncertami różnie bywa. My byśmy chcieli grać jak najwięcej. Niby jesteśmy po wstępnych rozmowach dotyczących jesiennej traski promującej nasza płytę, ale co z tego wyjdzie zobaczymy. Nie mamy managera, który by się tym jakoś bardziej profesjonalnie zajął. Czasem Ława (manager m. in. Dubska) coś nam podrzuca, za co jesteśmy mu  bardzo wdzięczni. Przy okazji pozdrowienia dla niego i chłopaków z Dubska. Miło wspominamy parę wspólnych koncertów. Może po wydaniu płyty coś się zmieni. Jak na razie trochę to kuleje. Także jakby czytali ten artykuł tzw. ludzie z branży (śmiech), chętnie podejmiemy współpracę z ludźmi, którzy chcieliby nam pomóc w tej kwestii. Pozdrawiamy serdecznie czytelników FC i zachęcamy do kupowania naszej debiutanckiej płyty, no i do zobaczenia na koncertach!

Wywiad ukazał się w magazynie Free Colours nr 17.

DODAJ KOMENTARZ