Vavamuffin „Vabang!”

0
925
Vavamuffin „Vabang!” (Karrot Komando, 2005)

W zasadzie większość reggae’owej Polski wiedziała, czego się spodziewać, a to za sprawą licznych koncertów tego młodego w sumie zespołu. Ale jednocześnie nikt nie wiedział, jak energia ze sceny zostanie zapakowana w metalowy krążek. Udało się, ale tylko częściowo.

Częściowo, bo „Bless” i „Sekta” fajnie bujają, a „Jah jest Prezydentem” wali w głowę. Częściowo, bo „I Give You One Love”, „Paragon” i „Tradition” wydają się przekombinowane, a „Smoking” straciło na dynamice, w porównaniu z koncertami (choć to akurat podobno było zamierzone). Przypominają mi się słowa Pablopavo sprzed wydania płyty, który obawiał się, że na płycie było za dużo inspiracji. Święte słowa, panie dzieju. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że może płyta Vavamuffin ukazała się odrobinę za wcześnie. Może trzeba było jeszcze trochę poczekać z nagraniami. Bo pomysłów w ciągu dwóch lat można zebrać wiele, ale nie wszystkie od razu muszą być super i znaleźć się na płycie.

Nie piszę tego w złej woli, bo sam uważam Vavę za zespół bardzo dobry. Ale w dobrej woli, bo ja spokojnie bez kilku kompozycji na krążku mógłbym się obejść. Osobna sprawa to teksty. „Bless” to utwór teledyskowy i taki promocyjny. Ja bardzo go lubię, ale konia z rzędem temu, który jednym zdaniem napisze, o czym on jest. Z kolei „Paramonov” miał być historycznym nawiązaniem i wzbudził moje zainteresowanie postacią bohatera. Mina mi trochę zrzedła, kiedy okazało się, że to jakiś morderca. Chłopaki, mi chyba z tym warszawskim humorem nie po drodze, bo piosenki o stołecznym zakapiorze sprzed kilkudziesięciu lat śmiechu wielkiego nie wywołują. Wolałem polityczne zagrywki koncertowe nawiązujące choćby do Misia Kalisza (na płycie nie ma). Jako człowiek ceniący sobie walory literackie, namawiam gorąco, aby do następnej płyty dodano teksty oraz, jeśli będą zbliżone, dopisanie „co autor miał na myśli”. No chyba, że nie miał, o co nie śmiem podejrzewać.

Dosyć goryczy, tak charakterystycznej dla zestresowanych okularników o niskim wzroście. Czas na słodzenie. Bas i perkusja na tej płycie to naprawdę bardzo dobra robota. Obaj instrumentaliści pokazują jak ze sobą współpracować. Znakomitym pomysłem było też rozpoczęcie płyty „Bless”. Ma wszystko, co powinien mieć polski przebój – chwytliwą melodię, łatwe do zapamiętania fragmenty (Malinowa Mamba) i refren, który można nucić już po chwili. Kolejnymi kandydatami

na przeboje są „Babilon da Bandit”, „Sekta” i „Jah jest Prezydentem”. Są też ciekawe zabawy z elektronika (mocny beat do „Paramonova” czy dwa remiksy na końcu). No i jest mnóstwo pozytywnej energii i bezpretensjonalnego uśmiechu. To stanowi o sile tej płyty. Która ma kilka niedociągnięć. Ale wywoła zainteresowanie nie tylko środowiska związanego z muzyka reggae, czy hip-hop, ale też zwykłych ludzi lubiących tańczyć. Takich, którzy Hajle Selassie mylą z filmową wytwórnią Silesia.

To płyta do zabawy dla ludzi i wydaje mi się, że takie było podstawowe założenie. Więc udało się. I jest jeszcze vavowe przesłanie – Jest na tym świecie wiele ważnych spraw, ale zawsze słuchaj swego serca. Trochę przypomina mi to „Tam skarb, gdzie serce twoje”, ale kto mówił, że Templariusze nie mieli pomysłu na życie?

Jarek Hejenkowski

DODAJ KOMENTARZ