Gonjasufi „Sufi And A Killer”

0
591
Gonjasufi
„Sufi And A Killer”
(WARP, 2010)

Kalifornia nie jest wcale takim miłym i przyjaznym miejscem na ziemi jakby się wszystkim wydawało. Ma swoje mroczne historie, z których rodzi się nowa, wyprzedzająca swój czas muzyka. Trzeba by wspomnieć chociażby o Flying Lotusie, genialnym producencie, którego pseudonim przez ostatnie kilkanaście miesięcy odmieniany był przez wszystkie przypadki, i w którym upatrywano następcę symbolizującego rewolucję w muzyce elektronicznej Buriala. Podobną drogą podąża ekscentryczny Gonjasufi, prywatnie dobry znajomy Flying Lotusa, któremu zawdzięcza producenckie szlify w trzech utworach (m.in. „Ancestorz”). Inne muzykalia i główną rolę w kreowaniu świata dźwięków odgrywa zaś The Gaslamp Killer, tajemniczy jegomość z San Diego.

W twórczości Sufiego i Killera słychać echa po dubstepie, hip hopowe melorecytacje i powykręcane bity („Kobwebz”),  psychodelicznie rozchwiane brzmienia, płacz i noisowe łkania, albo też niesamowicie ładnie zaśpiewane piosenki („Sheep”, „Duet”). Jest to połączenie co najmniej frapujące. Niektórzy twierdzą, że ocierające się wręcz o geniusz, bardziej wybredni wieszczą wtórność i naśladownictwo, przede wszystkim w doborze sampli. Tych jest tu cały zestaw – od jazzowych wstawek w „Avice” po fragmenty utworów tureckiego rockmana Erkina Koraya i oczywistości w stylu Isaaca Hayes’a w „Change”.

Momentami na albumie robi się naprawdę duszno i niepokojąco, a żeby pojąć o co Sufiemu chodzi należy się nieźle nagimnastykować (sam po godzinach jest instruktorem jogi). Muzyczne wizjonerstwo idzie tu w parze z nieznośną paranoją i niebezpiecznie wciąga, a słuchaczowi niewprawionemu w nowych brzmieniach może coś nie coś w głowie poprzestawiać. Po opadnięciu emocji, które towarzyszyły premierze płyty trzeba stwierdzić, że jest ona pozycją bardzo dobrą, choć wymagającą. Jeśli ktoś jednak nie połapie się w tym chaosie niech przynajmniej odrobi pracę domową i przesłucha innych kalifornijskich artystów, bo powiewa stamtąd naprawdę wartościowymi rzeczami, o których regularnie bywa głośno.

Łykasz Rybak

Recenzja ukazała się w magazynie Free Colours nr 14

DODAJ KOMENTARZ