Jahoo: Mocniejsze uderzenie

0
617

Opowieść Tomka i Marka, współzałożycieli grupy Jahoo.

Reggae to moja ulubiona muzyka…

…której słucham już 25 lat, którą zafascynowałem się bardziej niż innymi gatunkami. Gdy ok. 20 lat temu w Gliwicach powstał zespół R.A.P. grałem w punkowym zespole Process. Cały czas jednak ciągnęło mnie do grania innych dźwięków. Nawet coś próbowałem w jakimś zespole reggae, ale to nie wyszło z garażu. Pozostał niedosyt, że nie grałem reggae, a w szczególności w stylistyce roots reggae. Ostatnie 12 lat to moja zupełna przerwa w graniu i przypadkiem zupełnym dostałem propozycję grania z reaktywowanym zespołem Dread Lion z Knurowa. Zagraliśmy dwa koncerty, ale jakoś potem nie szło to do przodu. Postanowiliśmy z gitarzystą Tomkiem założyć nowy zespół, z troszeczkę poważniejszym podejściem do pracy w zespole. Tomek też ma za sobą kilka projektów muzycznych, scena ma swoją magię i to w nas cały czas tkwi. Czasem trzeba zaczekać, aż się życie w Babilonie  na tyle poukłada, żeby był czas, miejsce, no i trochę grosza na sprzęt. Praca we własnych firmach daje tą niezależność, a zespół jest i chyba zostanie hobby i dlatego można realizować się bez ograniczeń.

Nazwę wymyślaliśmy z Tomkiem…

…współzałożycielem JaHoo, pisząc do siebie dziesiątki maili z propozycjami nazwy. Chyba ja „popełniłem” tę nazwę, ale na pewno po inspiracji pomysłami Tomka. Chcieliśmy koniecznie by nawiązywała do reggae, była krótka, łatwo dawała się zapamiętać. Pierwsze skojarzenie bywa z internetowym Yahoo, ale dla nas raczej kojarzy się z jakąś radością i wesołym zawołaniem. Zmiksowanie ze słowem Jah, które wiadomo kojarzy się jednoznacznie z reggae i rastafari, daje nam coś wesołego i zarazem bardzo reggae. Także kto zna reggae, na pewno prawidłowo wymówi naszą nazwę, czyli „dżahuu”.

Współpracowników dobierałem tak…

…żeby wszyscy byli lepsi ode mnie, bo przecież nie chce mi się już kogoś uczyć grać. Głównie pod kątem rzetelności w pracy, znajomości klimatu tej muzyki, ale przede wszystkim zapału do grania reggae. Dobry warsztat ma znaczenie, ale nie największe. Liczy się praca, nieraz na zasadach prawie jak w firmie, liczy się sukcesywne podnoszenie poziomu (sam, żeby zacząć grać reggae, musiałem wziąć nauczyciela, Arka Skolika, jednego z lepszych jazzowych pałkerów w tym kraju, który po prostu przestawił mi myślenie i z którym rozgryźliśmy wiele stosowanych „patentów”). Jeśli sobie wymyśliliśmy, że to ma być „zespół” – a nie zbieranina przypadkowych ludzi, to ważne jest, by się lubić jako ludzie, przyjaciele, żeby było, o czym rozmawiać, żeby chętnie ze sobą spędzać czas. I wtedy jest również pozytywna energia na próbach i na scenie. I te relacje są już wartością samą w sobie, niezależnie, jaki i czy w ogóle zespół odniesie sukces. Trudności i nawet wpadki nie mają szansy zepsuć atmosfery. Ja ich wszystkich po prostu kocham (z tym, że dziewczyny bardziej) i każda próba jest dla nas radością ze spotkania.
Justyna J-Bone Ludkowska, Paweł Piec i Piotrek Schmidt są liderami grup jazzowych lub grają ze znakomitymi muzykami i ich nazwiska zaczynają być znane w środowisku jazzowym. Jednak oni wszyscy się dobrze czują w reggae i to lubią. Również basista i klawiszowiec mają dość mocną edukację muzyczną, co naprawdę pomaga w pracy.

Inspiruje nas…

…głównie roots reggae, w tym klimacie staramy się poruszać i za daleko nie wychodzić, pod względem gry basu, gitar, klawiszy i bębnów. Płyty z muzyką roots wydawane na początku lat 80. to dla mnie osobiście najlepszy smak, jeszcze przed erą „elektroniki”. Matumbi, Marley, Jah Warriors, Black Slate, Burning Spear i wiele innych. Z innej muzyki słucham wszystkiego gdzie fajnie grają na bębnach (śmiech). Osobiście unikam tylko wzorowania się na mocno „miauczących” grupach wokalnych z tamtego okresu, których po prostu nie lubię, bo nie lubię wokalnych ultradźwięków. Słucham tego, bo trzeba, bo czasem riddim bandy coś ciekawego podgrywały, ale wolę już nasz własny „słowiański” sposób śpiewania niż tamten, nawet za cenę utraty charakterystycznej dla jamajskiego roots reggae wokalizy. Tu pozwolimy sobie na większe „odejście” od wzorca, liczymy, że podkład muzyczny utrzyma klimat bliski roots. Lubimy mocniejsze konkretniejsze uderzenie, ale zachowujące charakterystyczny puls.  Wszak roots reggae, to jak ktoś napisał –  „jamajski rock”. Inni członkowie zespołu lubią również klimaty dalekie od roots reggae, coś bliżej raggamuffin, nawet dancehallu czy nawet rapu w przypadku wokalisty. Są miłośnicy muzyki etnicznej, nawet polskiej. Duże wpływy głównie na gitarzystów ma blues, na solowego również muzyka klubowa, funk. No i przede wszystkim większość z nas to również miłośnicy jazzu – a cała sekcja dęta, drugi po sekcji rytmicznej, silnik zespołu, to zawodowi muzycy grający jazz. Słuchamy też dzisiejszych gwiazd muzyki reggae, nasz wokalista jest też DJ-em, to on wyszukuje ciekawostki. Bardzo lubimy też niektórych polskich wykonawców, chodzimy na koncerty, gdy tylko jest okazja. Z pewnością polska muzyka też ma wpływ na to, co robimy. Jesteśmy fanami polskiego reggae w dobrym wydaniu – Maleo, Jafii Namuel, Bakshish i wielu innych w tej chwili grających zespołów.

Pierwszy koncert w Klubie Rock’a…

…zlokalizowany na gliwickim rynku to dobre miejsce na reggae – podziemia klubu Gwarek, w którym odbywały się pierwsze festiwale Winter Reggae. Dobrze się bawiłem, trema mi przeszła po dwóch pierwszych taktach. To w ogóle było takie nowe doświadczenie, bo dla wszystkich to był test. Z założenia nie robimy formy utworu na 100%, stąd hasło, że „JaHoo tylko live”. Nikt nikomu taktów nie liczy. Wiadomo, co powinno być, po czym, że np. po danej solówce refren, ale nigdy do końca nie wiadomo czy tak akurat będzie, zostawiamy dużo miejsca by sobie muzyka płynęła. Słuchamy siebie nawzajem. Przy 10-osobowym składzie wydawało się to trudne, ale po 3 próbach całością zespołu jakoś daliśmy radę zagrać koncert bez pull-upu. Postawiłem właśnie trochę na żywioł, co jest mocno ryzykowne, bo miejscami to mi się wydawało, że jesteśmy w kosmosie. Ale – jest ryzyko, jest zabawa. Drobnostki poprawimy, bo zupełnie inaczej to brzmi na koncercie a inaczej na idealnie wytłumionej sali prób. Mam wszystko na video i jest taki moment, gdzie kamera uchwyciła w tłumie bawiących się ludzi młodziutką dziewczynkę o tak rozpromienionej uśmiechem twarzy i zafascynowanych oczach, że to mi starczy za całą nagrodę. Mogę kolejny rok robić próby, żeby coś takiego zobaczyć na koncercie. Zaś to, że podczas debiutu nieznanego zespołu, gdzie nikt wcześniej nie słyszał utworów, publiczność się dobrze bawi i śpiewa z nami, świadczy, że kontakt ze słuchaczami i energia jednak jest. Warto więc dalej pracować. Tego, co w pewnych momentach zagrała nasza sekcja dęta, to sam się nie spodziewałem, szczęka mi opadła i mówię to bez zarozumialstwa. Parę osób z sali na to zwróciło uwagę, że mają styl, mają wiele energii i są świetnymi muzykami. Założenie, więc zostało spełnione. Mam nadzieję, że choć częściowo podtrzymujemy dobre gliwickie tradycje, gdy startował, również na Winter Reggae, zespół R.A.P. – choć wtedy ludziom bardziej kopary zjechały.

Co będzie to będzie…

…robimy swoje, robimy muzykę, powstają nowe pomysły na aranż tych riddimów, co już skomponowaliśmy. Pracujemy też nad coverami, gdyż zawsze warto się dalej uczyć i przypominać ludziom „rodzynki” muzyki reggae. Mamy jakieś pierwsze zapytanie zza granicy, trochę kontaktów, więc jeśli tylko wszystko się dobrze poukłada to może pojedziemy na jakąś wycieczkę gdzieś w Europie. Reggae jest muzyką niszową, boom na reggae w Polsce minął, więc nie ma co liczyć na pełne sale koncertowe i tysięczną publiczność, choć podobno u nas na froncie stoją niektórzy nie mniej przystojni jak Kamil Bednarek. Byłoby miło pograć trochę koncertów, ale musimy w wielu wypadkach odmawiać. Po pierwsze jest mało terminów, że możemy w pełnym składzie wystąpić, bo kilkoro z nas gra jeszcze w innych zespołach. Jest nas 12 osób z akustykiem i managerem, a to wyklucza małe kluby, to powoduje, że sam koszt dojazdu przekracza nieraz możliwości organizatora. Szczególnie trudno jest w sytuacji, gdy cena 20 zł za bilet na koncert postrzegana jest jako „wysoka”. A jest równowartością flaszki, dwóch paczek fajek, albo wkładu do lufki. To samo z płytami, dziwię się temu zjawisku, bo 25 lat temu kupno jednej płyty zagranicznego wykonawcy było dla mnie, 18-latka, równowartością półrocznego kieszonkowego. Więc mnie śmieszą hasła, że 30 zł za płytę to drogo. Muzyka, poza głównie zagraniczną, popową komerchą wbijaną ludziom w podświadomość przez media, sprzedaje się tragicznie. Skoro płyty znanych zespołów sprzedają się w ilości kilkuset egzemplarzy (a potem wszystko jest do ściągnięcia z internetu), to ja osobiście mam sceptyczne podejście do sensu wydawania płyt. Może nagramy coś na koncertach. A do studia wejdziemy wtedy, jak będziemy mieli sami na to ochotę, albo z nudów jak nie będzie gdzie grać koncertów.  Jeśli nagramy coś w studio, to raczej pełne „live”, na podobnym sprzęcie i w podobnej realizacji, jak to robili jamajscy muzycy 30 lat temu. To niesie za sobą większe ryzyko niedoskonałości technicznych, ale można liczyć można na pomoc kilku polskich fanatyków starych brzmień i realizatorów, którzy naprawdę fajnie to robią. Mam nadzieję, że w tym roku wypali, choć kilka fajnych imprez, jeżeli tylko w dalszym ciągu, w co wierzę, publiczność nas będzie akceptować, to wtedy być może powstaną jakieś konkretniejsze plany. Obyśmy tylko zdrowi byli, czego życzymy pozdrawiając wszystkich czytelników. JaHoo!

Artykuł ukazał się w magazynie Free Colours nr 16.

DODAJ KOMENTARZ