ROKOSZ Otoczka była śmieszna

0
478

Lata 80. w polskim reggae wciąż mają wiele białych plam. Jedną z największych jest pochodzący z Ostrowa Wielkopolskiego zespół Rokosz. Grał on na większości wielkich festiwali, ale jak to wtedy często bywało, nie doczekał się płyty. Grupa rozpadła się, a trzech jej muzyków tworzy teraz formację
Big Cyc. O dziejach zespołu, wydanej niedawno płycie „Oceany” oraz smutnej historii końca życia wokalisty grupy, rozmawialiśmy z Jackiem „Dżej Dżejem” Jędrzejakiem, grającym w Rokoszu od początku do końca. Wywiad ukazał się w numerze 10 magazyny Free Colours.

– W latach 80. reggae zaczynali grać muzycy punkowi, a nie tzw. rastamani. Czy w waszym przypadku było podobnie?
– Jakaś taka wczesna prehistoria świadczy o tym, że to prawda, bo punkowcy adaptowali się i identyfikowali z tą muzyką nie tylko u nas, ale również w Anglii i Stanach te wszystkie zespoły bazowały na rytmice i harmoniach reggae’owych. Natomiast my ten epizod punkowy mieliśmy bardzo krótki. Tak naprawdę, to żeby założyć Rokosza to była robota Misty In Roots, którzy zupełnie przypadkowo trafili do naszego miasta, obejrzeliśmy koncert i stwierdziliśmy, że właśnie coś takiego chcemy robić. Myślę, że muzyka punkowa i reggae były i są do tej pory nierozerwalnie ze sobą złączone i może to się troszeczkę różni brzmieniowo, ale stylistyka, poetyka i ideologia bardzo do siebie pasują i myślę, że te dwa, a właściwie trzy nurty, bo dodałbym jeszcze tu ska, będą tkwiły zawsze jakby w tym samym kanonie estetycznym.
– Jakiś wpływ na powstanie Rokosza miała bliskość miejscowości Jarocin i festiwali tam się odbywających?
– Też. Bardzo się nam podobał Bakszysz w ’83 roku. Także Daab, który miał za sobą już jakieś nagrania i pierwsze duże koncerty. My poszliśmy jednak w trochę innym kierunku, bo teksty były przede wszystkim inne. Natomiast cała ta otoczka bardzo nam odpowiadała i bardzo nam odpowiadała.
– W 1984 r. kiedy powstaliście, pojawiły się już pierwsze polskie płyty reggae. Czy to też było jakimś impulsem, aby grać tak jak oni?
– Słuchaliśmy, ale Issiael (narzucona wtedy przez cenzurę nazwa Izraela – dop. aut.) się nam niespecjalnie podobał, bo oni szli w kierunku tego ortodoksyjnego schematu rastafarianizmu, co wydawało nam się, i z czasem przekonanie to okazało się słuszne, było bardzo naiwne i infantylne.
Przeszczepianie tego na polski grunt było zupełnie chybione. Natomiast podobał się nam Daab i podobał Bakszysz, bo oni poszli w innym kierunku, stworzyli własną poetykę i uważaliśmy, że to jest właśnie droga dla Rokosza tym bardziej, że te pierwsze koncerty, kiedy ja byłem wokalistą, były troszeczkę infantylne, ale potem, kiedy do zespołu doszedł Ponton, w ogóle zmieniliśmy stylistykę, zmieniliśmy poetykę tekstów i to była właściwa droga.
– Skąd się w ogóle wzięła nazwa zespołu?
– Tego nie pamiętam. Ale myślę, że ktoś tam po prostu rzucił na próbie i nie miała ona jakiegoś ideologicznego związku z tym, co robiliśmy, natomiast wydawała się nam fajna, nośna i co dobre – dwusylabowa.
– Pierwszy koncert nie graliście w rodzinnym mieście, ale w Łodzi (w klubie „Siódemka”). To dziwne, boi przeważnie zespoły debiutują na własnych śmieciach.
– Było to związane z faktem, że studiowałem w Łodzi i miałem tam trochę kontaktów. Obijałem się po jakichś klubach i po kilku lokalnych koncertach, dostaliśmy propozycję koncertu w bardzo popularnym łódzkim klubie. Zresztą w związku z moimi studiami i faktem, że w Łodzi często się spotykaliśmy, pierwsze poważne koncerty miał tam nie tylko Rokosz, ale i Big Cyc.
– Jaki był pierwszy, dziewiczy skład zespołu?
– To byłem ja, Jarek „Dżery” Lis, Marek Kwiecień, który jest teraz technicznym Big Cyca, Wojtek Koralewski oraz dwie dziewczyny – Ita i Alicja. Potem to troszeczkę ewoluowało, ale ta baza, czyli sekcja, taki Sly & Robbie (śmiech), czyli ja i Dżery zostawaliśmy, potem doszedł Romek i został na stałe. My też dojrzewaliśmy z zespołem, bo byliśmy bardzo młodzi, gdy tworzyliśmy Rokosza i musieliśmy wielu rzeczy posłuchać, wielu rzeczy się nauczyć, wiele rzeczy przetrawić, przemyśleć, żeby z tego wyniknęła jakaś dojrzalsza myśl i dojrzalsza muzyka i żeby to brzmieniowo brzmiało jakoś ciekawiej. Ale myślę, że to jest problem każdego zespołu. Każdy swoje pierwsze nagrania ma za bardzo archaiczne, bardzo prymitywne i wstydzi się ich, a nie ma czego, bo tak naprawdę  i Clash i Sex Pistols, Boże, jak oni grali… Grali tam samo jak my. Zaczynaliśmy z tego samego pułapu, a potem to jest kwestia tego, czego się słucha, jakie wnioski wyciągamy z tego, co nas otacza i potem idziemy w tym, czy w tamtym kierunku.
– Czy w Ostrowie Wielkopolskim w latach 80. istniała w ogóle jakaś scena muzyczna? Działały jakieś zespoły? Bo wątpię, aby oprócz was grał ktoś reggae?
– Nie. Były co prawda jakieś tam zespoły wczesne, ale to była grupa tych samych osób, dwie trzy kapele, które robiły coś ciekawego, niezależnego. Natomiast sceny jako takiej nie było.
Zresztą w ogóle scena reggae na początku, kiedy my zaistnieliśmy, też była bardzo wąska. To była grupa czterech, pięciu zespołów i to była dla nas też szalona przygoda, bo w pewnym momencie wstrzeliliśmy się na poziom wielkich imprez halowych, gdzie pojawialiśmy się z Daabem, Niepodległością Trójkątów, Izraelem i Gedeonem Jerubbaal i to była też grupa siedmiu, ośmiu zespołów, która objechała Polskę i zagrała bardzo duże koncerty. Potem trochę okrzepliśmy i się do tego przyzwyczailiśmy, ale te pierwsze duże koncerty były dla nas szalonym wyzwaniem, żeby się doskonalić…
– …ale nie tylko doskonalić w graniu, ale także w piciu, bo podobno imprezy bywały ostre.
– Nieeee. To duża przesada. Myślę, że nie było aż tak źle. Tym bardziej, że wtedy z trunkami nie było wcale tak różowo. Piwa nie można było kupić. Jak ktoś tam kupił 10 piw, to było wielkie święto. Także ja bym z tym pijaństwem nie przesadzał. Natomiast myślę, że to wyzwanie grania na dużych imprezach pomogło nam w dalszej karierze jako Big Cycowi i w naszym rozwoju artystycznym, bo my dużo robiliśmy prób, graliśmy po 6-7 godzin dziennie i na pewno to potem było słychać w nagraniach, że jest już jakaś baza i na podstawie tego można coś fajnego robić.
– Na starych plakatach zetknąłem się z nazwą pisaną dwuczłonowo Ro-kosz. To był wasz zabieg, czy przypadek?
– To był nasz zabieg, ale później od tego odeszliśmy, bo pisano nas różnie, choć ta nazwa dwusylabowa nazwa pisana łącznie jest najbardziej właściwa. Chcieliśmy sprawić tą nazwą dwuczłonową, aby nas bardziej zauważano. Nie miało to jednak podstaw ideologicznych. To bardziej żart językowy.
– Nie graliście łatwego reggae, ale takie z wieloma rozbudowanymi fragmentami instrumentalnymi. Wzorowaliście się na jakichś kapelach zagranicznych? Bo w Polsce chyba wtedy nikt tak jeszcze nie grał.
– Tak jak mówiłem wcześniej – Misty In Roots, wczesny Aswad czy Culture to były zespoły, których słuchaliśmy i podobały się nam rozbudowane aranżacje. Zresztą bardzo wielu muzyków towarzyszących przewinęło się przez Rokosz, bo nam się podobała sekcja dęta, szczególnie w Aswadzie jest taka płyta „Live & Direct”, gdzie pięknie pracują wszystkie instrumenty dęte. Natomiast bardzo ciężko było utrzymać tych ludzi, ponieważ to byli z reguły ludzie z zewnątrz, którzy raczej się tą muzyką i nie interesowali i nie pasjonowali. Musieliśmy ich trochę mobilizować, żeby trochę tego posłuchali, żeby złapali ten klimat, aczkolwiek później gdy posłuchali już trochę tych rzeczy, to im się bardzo podobało, bo to była stylistyka, w której oni także mogli bardzo mocno i ciekawie zafunkcjonować. Natomiast nam bardzo się to podobało, chociaż później, po latach stwierdziłem, że najlepsze koncerty były z tą bardzo oszczędną sekcją dętą, z jednym instrumentem – trąbką czy saksofonem, bo wtedy wszystko bazowało na rytmie i było bardzo spójne, mniej było bałaganu aranżacyjnego, a bardziej pulsowało. Uważam, że najlepsze koncerty graliśmy, gdy instrumentów dętych było mniej, bo ci instrumentaliści prezentowali też bardzo różny poziom – czasami lepsi, czasami gorsi. Później kiedy się tego wszystkiego odsłuchiwało, to oni fałszowali, a w trakcie grania na scenie się tego nie zauważało.
– Było w waszym graniu też trochę zapędów dubowych. Wtedy już wiedzieliście, co to dub, czy granie tego wynikało ze słuchania zagranicznych zespołów?
– Nam się to bardzo podobało tym bardziej, że mieliśmy takie fajne urządzenie – kamerę pogłosową, która przez przypadek zaplątała się w domu kultury i my wyczytaliśmy, że ta kamera jest używana przez różne duże zespoły. Rzeczywiście było to urządzenie, które pozwalało nam pobawić się z dubami i to była super rzecz, dlatego był taki okres w działalności zespołu w latach ‘85-’86, że utwory były bardzo rozbudowane i jak była fajna atmosfera, to bawiliśmy się tymi dubami. Wszystko zależało od energii na koncercie.
– Szczycicie się, że teksty Rokosza nie były takie jak innych polskich zespołów. Wobec symboliki reggae byliście na nie?
– Nie byliśmy w opozycji, ale uważaliśmy, że ta otoczka, jeśli chodzi o nas, ludzi mieszkających w tym kraju, była śmieszna. Bo jak ktoś sobie przeczyta „Cesarza” Kapuścińskiego, to wie, że wszystko opierało się na zupełnie innych zasadach i jeżeli ktoś jest Jamajczykiem albo Afrykańczykiem, to ma zupełnie inne wartości. My żyliśmy również w kraju zdominowanym przez policję i wojsko, gdzie nie wszystko można było powiedzieć i uważaliśmy, że ta droga naszej poetyki, ludzi mieszkających tu i teraz, będzie dobrze przystawać do muzyki reggae, bo trochę ideologicznie jest podobne do tego, co śpiewały zespoły związane z Afryką, natomiast trzeba przeszczepić te teksty na grunt polski. My zawsze mieliśmy taką ideologię, że musimy być zespołem lokalnym, dla tej społeczności, dla tych ludzi. Bo jak słucham sobie płyty Issiaela i kawałków typu „Rastaman nie kłamie”, to jest śmieszne po prostu. Śpiewa to uczeń liceum, który zielonego pojęcia nie ma o polityce. Okazało się, że my mieliśmy rację, że to jednak trzeba robić tak, aby ci ludzie, którzy słuchają ciebie tutaj, rozumieli co masz do powiedzenia.
– Ale z tego co pamiętam, niektórzy z was mieli dready i używaliście na scenie trójkolorowych motywów.
– Oczywiście, że było coś takiego. U nas chyba tylko Dżery miał dready, ale w Big Cycu też miał, bo lubił. Ale myślę, że to nie należy tak wszystkiego unifikować, że jeśli ktoś sobie zrobi dready, to jest od razu wyznawcą rastafarianizmu, a jak ktoś zapali skręta, to od razu musi śpiewać o Jah. Najważniejsze było to, że my sami wierzyliśmy w ideologię, o której śpiewaliśmy. Pamiętam, że były takie pomysły, że ktoś przyniósł na próbę tekst o Jah i cała reszta kapeli, gdy to przeanalizowaliśmy, twierdziła, że to śmieszne jest.
– Teksty mieliście trochę buntownicze, trochę poetyckie.
– Bardziej poetyckie. Oczywiście, była cała poetyka pisania tekstów w latach 80., ponieważ była cenzura i dobrze było się pobawić i pożonglować trochę metaforami, bo to poetyckie i fajne, a jednocześnie, jak ktoś chciał znaleźć w tych tekstach podtekst, to zawsze mógł to drugie dno odszukać.
– Mieliście jakieś problemy z cenzurą?
– Raz, może dwa, ale jakichś specjalnie wielkich problemów nie było. Później z Big Cycem były one zdecydowanie większe. Z Rokoszem mieliśmy natomiast taką metodę na oszukiwanie cenzora, że gdy mu się coś nie podobało, a miał zastrzeżenia choćby do „Modlitwy”, w której doszukiwał się jakichś narkotycznych odniesień, to wtedy braliśmy pieczątkę z innego tekstu, wycinaliśmy ją, przyklejaliśmy, szliśmy na ksero i zawsze, gdy jechaliśmy na koncert, przedkładaliśmy kopię, a tam była pieczątka, że jest zgoda i się nikt nie przyczepił.
– Ponton był podobno trudnym człowiekiem. Na czym polegała ta jego „trudność”?
– On był człowiekiem, który żył w swoim świecie, był mało kontaktowy z resztą. Wiele problemów zachowywał dla siebie i myślę, że to była też przyczyna oddalenia się od reszty zespołu. On jakby z nami nie dyskutował o pewnych rzeczach, nie próbował tych kwestii na płaszczyźnie kumpelskiej rozwiązywać, tylko dusił w sobie. Czasami się upierał na coś, co się nam nie podobało. Choćby uparł się na tytuł „I ją wą wą”, który się nam nie podobał, ale on pojechał, zgłosił taki tytuł, bo uważał to za słuszne i nie obchodziła go opinia zespołu, a my uważaliśmy, że to nie jest w porządku, bo przecież robiliśmy to razem. Było wiele różnych innych dziwnych rzeczy. Natomiast wiadomo, każdy artysta ma swoją większą lub mniejszą osobowość i trzeba wziąć na to poprawkę i trzeba być wyrozumiałym w stosunku do kolegów. Później zawsze sobie sprawę wyjaśnialiśmy, ale czasami były to jego nieprzemyślane decyzje, które sprawiały, że reszta kapeli czuła, że nie ma wpływu na to, co robimy, że robimy coś razem, a ostateczną decyzję podejmuje on, a nie zawsze były dobre decyzje.
– Samobójstwo Pontona mi osobiście układa się, nieładnie rzecz określając, z jego niektórymi tekstami. „Modlitwa” – „Biały stwórco przeistoczeń przyjdź, Pozwól schronić się pod bielą skrzydeł, Uchroń, uchroń, uchroń od szponów nocy, Przepędź, przepędź, przepędź martwotę myśli”. „Dni i nocy” – „Błąkam stale się, Nie wiem czego ile chcę i za co”. To wszystko wygląda na opowieść zagubionego człowieka.
– Właśnie też to zauważyłem i niestety, muszę się przyznać, że do wspólnego stołu nie usiedliśmy nigdy. On był dziwnym człowiekiem, który w różnych miejscach funkcjonował. Pracował choćby w Domu Pomocy Społecznej jako wychowawca, natomiast był otoczony przez ludzi przegranych przez życie i myślę, że też oni go trochę dołowali. On sam wymagał pomocy, a był otoczony przez ludzi, którzy mu pomóc nie mogli, a jeszcze z niego wysysali energię. On też trochę się od nas odizolował. Pamiętam, że kiedyś chcieliśmy coś zrobić, Dżery był u niego w domu i zaproponował, że może coś razem nagramy, a on mówi, że już nie będzie śpiewał. No i gdy Dżery już wychodził, to on jeszcze z balkonu wołał: „To, że powiedziałem nie, nie znaczy, że nie”. Ale ja przed śmiercią parę razy go widziałem i on się do tego zapalił i gdy przygotowywaliśmy płytę „Oceany”, przeszukał swoje archiwum i przyniósł mi nagrania do domu. Zapaliliśmy się do projektu, żeby zrobić coś w zupełnie nowych aranżacjach, z jego wokalem i widziałem, że miał na to ochotę. Nie wiem więc, co się stało. Może jakiś dół chwilowy. Na pewno to nie miało związku z nami, ani z muzyką, tylko z jego życiem prywatnym, w które nie wnikam. Natomiast, z drugiej strony, troszeczkę mamy wyrzuty sumienia, że może się za mało zaopiekowaliśmy, że może za rzadki kontakt mieliśmy ze sobą… Teraz bardzo tego żałuję.
– Był pomysł na waszą reaktywację. Przeszkodziła w tym śmierć Pontona. Bez niego to już nie ma sensu?
– Nie wiem. Myślę, że byłoby trudno, bo mieliśmy parę propozycji z różnych festiwali, z „Reggae na Piaskach”, z Ostródy, żeby reaktywować, bo chcą przypominać te stare zespoły. Już nawet umówiliśmy się w tej sprawie na spotkanie, rozmawialiśmy z Gedeonem, z Jarexem, że może kilku różnych wokalistów będzie śpiewać te numery, taki „tribute to”, że my robimy muzykę oraz zapraszamy gości, ale będzie trudno to zrobić.
– Dlaczego właściwie pod koniec lat 80. Rokosz przestał istnieć?
– Rokosz się rozpadł dlatego, że była to duża grupa osób, która zaczęła robić swoje projekty. Ja z Dżerym, Pontonem i z Romkiem chcieliśmy to utrzymać, a cała reszta zaczęła nie dojeżdżać na koncerty, nie przyjeżdżali na próby. My już mieliśmy pierwsze nagrania z Big Cycem, zaczęły się pierwsze koncerty. W pewnym momencie nadszedł taki koncert, na który przyszliśmy tylko we trzech, Sławek był czwarty i stwierdziliśmy, że na razie nie ma sensu tego robić, bo zrobiliśmy fajną robotę, a zarzynać to przyjeżdżając na koncert i grając o dwa poziomy słabiej… tego nie chcieliśmy robić. Więc stwierdziliśmy, że albo skompletujemy nowy skład, albo poczekamy chwilę i ta przerwa się przedłużyła. Ludzie zaczęli robić swoje projekty, powyprowadzali się do innych miast. Z tego też nie było dużych pieniędzy, bo musieliśmy jeździć po festiwalach za małe stawki, więc stwierdzili, że to się już nie opłaca, założyli rodziny, padła trochę ta ideologiczna sfera… My chociaż w Big Cycu gramy komercyjnie, nie pracujemy, ale ideologicznie pozostaliśmy tymi młodymi ludźmi w wieku 20 lat. Natomiast ludzie, którzy oderwali się od nas, poszli do szkół, do pracy, zaczęli myśleć innym torem.  
– Co do absencji, to jest anegdota, że w Gorzowie Wlkp. Na „Reggae nad Wartą” pojechaliście bez gitarzysty i klawiszowca. Na miejscu wystąpili z wami jednak Andrzej Krzywy, który zdążył już odejść z Daab oraz Waldemar Deska i zagrali koncert bezbłędnie. Takie przypadki zdarzały się chyba we wczesnym polskim reggae często? Bo było mało zespołów, a każdy znał repertuar innych.
– To było tak zwane łatanie dziur, bo raz nie dojechał gitarzysta, drugim razem nie dojechał klawiszowiec. My często z Waldkiem się mijaliśmy na imprezach i oni trochę te numery znali i trzeba było im tylko podpowiedzieć funkcje. Z Andrzejem Krzywym mamy nawet jeden numer z Gorzowa na video nagrany. Stwierdziliśmy, że jeżeli mamy zagrać bez klawiszy, to wolimy zaprosić Waldka i on dał sobie doskonale radę. Wtedy było trudniej robić coś takiego, bo się nie znało repertuaru, nie było płyt, ale akurat oni znali te piosenki, bo graliśmy razem na plenerach.
– Jest też anegdota, że na Winter Reggae swoje kawałki wydłużaliście i na scenę zapraszaliście ludzi z publiczności.
– Było coś takiego, bo nam się to zawsze podobało. W ogóle Ponton był świetnym frontmanem, miał bardzo duża charyzmę, sterował publicznością jak chciał. Gdy już ludzie załapali klimat, to robili to, co on im kazał i niektóre numery przeciągały się do 20 czy 25 minut.
– Dziś zdarza się wam grać elementy reggae w zespołach Big Cyc i Czarno-Czarni. Czy w repertuarze tych grup znajdują się jakieś melodie rokoszowe?
– Nie. Chodzi o to, że Ponton miał swoją stylistykę, swoje ulubione harmonie. Ja wcześniej śpiewałem, ale skoro Ponton miał swoje ulubione harmonie, to nikt go nie będzie podrabiał. Ale w ogóle do reggae nawiązywaliśmy bardzo często. Zresztą sami bywamy na koncertach. Ostatnio byliśmy na Michaelu Rose w „Proximie” i bardzo się nam podobał. Chcieliśmy jechać na Aswad, ale było już strasznie późno.
– Śledzicie w ogóle co się dzieje w polskim reggae?
– Jesteśmy zbudowani, bo coraz więcej fajnych kapel jest. Chodzimy na festiwal „Reggae na Piaskach”, gdzie bywają bardzo fajne kapele. Cieszę się, że polskie reggae się rozwija.
– Czyli opłacało się zaczynać 25 lat temu?
– Opłacało się i myślę, że to nie poszło na marne, bo mieliśmy kilka telefonów od kapel starych i młodych, że nasza płyta się podoba. Cieszy nas to, bo ona jest wydana w niszowym nakładzie i w zasadzie tylko dla tych, którzy się interesują. Ja często swoich nagrań słucham i wydaje mi się, że jest w miarę świeża, że to jej ponownie zmiksowanie dodało jej dużo świeżości, pewnego klimatu i jest inna.
Rozmawiał: Jarek Hejenkowski
Skład zespołu:
Roman „Piękny Roman” Lechowicz (git.), Jarosław „Dżery” Lis (perk.), Jacek „Dżej Dżej” Jędrzejak (bas, wok.), Wojciech Koralewski (instr. klaw., flet), Sławomir „Ponton” Przybylski (wok.), Marek Kwiecień (git.), Dariusz „Buła” Jaskuła (git.), Robert Rajewski (instr. perk.), Krzysztof Kralka (saksofon).
Z zespołem współpracowali także: Maciej Derczyński (puzon), Krzysztof Janiak (puzon), Roman Gilicki (trąbka), Maciej Kępiński (trąbka), Robert „Kaczor” Kaczorowski (trąbka), Ala Piasecka i Ita Jędrzejak (wok.).

Płyta ROKOSZ „Historia polskiego reggae…” (CD/DVD) do nabycia:

ROKOSZ “Historia polskiego reggae pisana w Ostrowie Wielkopolskim”

DODAJ KOMENTARZ