Roots Revival: Sound system wagi ciężkiej

0
9767

Doczekaliśmy czasów, kiedy niemal w każdym większym polskim mieście działa załoga określająca się jako sound system. W polskich realiach takie nazewnictwo nadal pozostaje nieco w sferze myślenia życzeniowego, bo owe sound systemy to w rzeczywistości ekipy selektorskie używające podczas swoich sesji nagłośnienia klubowego. Jednak mimo wszystkich niesprzyjających okoliczności pojawiają się ludzie, którzy próbują na naszym rodzimym gruncie przywrócić określeniu sound system jego pierwotne, właściwe znaczenie. Jednym z pierwszych kolektywów, któremu udało się na szerszą skalę nawiązać do tego, co przez sound system jest rozumiane na Jamajce czy w Wielkiej Brytanii, była stołeczna załoga Roots Revival. Swoimi spostrzeżeniami w temacie “sound system inna Polish style” dzielą się z nami ojcowie–założyciele Roots Revival – JSM Rootskontrolla i Jaszol.

Grzesiek ‚manfas’ Kuzka, Krzysiek Wysocki

Co to jest sound system, czym dla was jest sound system?
Jaszol: Sound system dla nas to jest to, co tak naprawdę znaczy sound system od swoich podstaw, od początku. Czyli głośniki, kable, wzmacniacze, przedwzmacniacze, efekty, płyty, człowiek, który ma mikrofon i to, co chce się jeszcze przekazać przez te płyty. To jest sound system tak naprawdę, czyli rzecz, którą można poruszyć i którą można zrobić tak naprawdę wszędzie i rzecz, która ma coś dawać, coś przekazywać, coś pokazywać. Czasami są jakieś różne zawody w tych tematach, czasami są jakieś pojedynki, ale głównie chodzi o to, że sound system to jest sound system, czyli to, co powiedziałem wcześniej (śmiech). Trudno tu wyznaczyć jakąś hierarchię, sound system to jest jedna kula, która się składa z tych trzech, a tak naprawdę jeszcze z czterdziestu dziewięciu i pół innych części. Wszystko się uzupełnia.

Wasze początki wspólnego grania?
Jaszol: Było to tak – ciemna noc, grzmoty i burza, lightning and thunder, brimstone and fire. Tak naprawdę zaczęło się od tego, że ja chodziłem wcześniej na imprezy w „Jadłodajni”, gdzie grał Tisztelet i inni goście. Kuba był jednym członków Tiszteletu, lewą kończyną prawdopodobnie, ale nikt nie jest tego w stanie stwierdzić. Grali w „Jadłodajni” ładnych parę lat, na tych imprezach jakoś się poznaliśmy, nie pamiętam, kiedy to dokładnie było. Powoli próbowałem się w tym jakoś odnaleźć, wkręcić w to całe środowisko i zacząłem zbierać płyty. Po jakimś czasie odpaliliśmy z Youthmanem audycję ReggaeStacja w lokalnym Radiu Politechniki Warszawskiej. Było to jakieś sześć–siedem lat temu. Coraz więcej tych płyt przybywało, JSM oczywiście przebył całą Polskę, świat, Europy pół jako gwiazda z Tisztelet sound system, szacunek i respekt ludzi ulicy (śmiech). Zbierał cały czas płyty, ale zaczęli się rozmijać z Luckiem, tak mi się wydaje przynajmniej, bo on nie chce nic teraz o tym powiedzieć. Jakoś się dogadaliśmy, że lubimy mniej więcej tę samą muzykę, coraz bardziej zaczęliśmy się zagłębiać w tematy roots reggae i sceny brytyjskiej, i sceny europejskiej, sceny dub i sceny soundsystemowej. Oryginalnej sceny soundsystemowej, która przyjechała z Jamajki do UK i w UK jakoś ewoluowała i rozprzestrzeniła się na całą Europę, świat i tak dalej. Zaczęliśmy zgłębiać opcję, jakby to było dobrze zrobić w Polsce sound system prawdziwy, czyli z własnymi paczkami, z własnymi wzmacniaczami. Własny sprzęt, że przyjeżdżamy, rozstawiamy to, gramy i brzmi to tak jak chcemy, puszczamy takie numery, jakie chcemy. Jest to sound system, który brzmi. „Jadłodajnia” miał w tym swój przyczynek, gdy w którymś roku z imprezy na imprezę było coraz gorzej z nagłośnieniem i brzmieniem tego wszystkiego. Przewijało się oczywiście mnóstwo ludzi, ale tak naprawdę to nie wiadomo było, co tam grano, niewiadomo było jak to brzmi. Wszyscy przychodzili, przewijali się, wypili piwko, potańczyli piętnaście minut i poszli. A my zaczęliśmy zgłębiać opcję jak wygląda to w Wielkiej Brytanii, że sound system zaczyna się o godzinie szesnastej, kiedy to trzeba wsiąść w samochód, załadować wszystko do środka. Potem przyjechać do klubu, knajpy, gdziekolwiek, rozłożyć to wszystko, zrobić sound check czy wszystko gra, czy wszystko działa. Na końcu odpalić i zagrać imprezę, która będzie trwała siedem, osiem, a może i dziewięć godzin do samego rana. Gdzie rano jest pojęciem dosyć względnym i zależy albo od miejsca, od managementu albo od barmanów, którzy są wkurzeni, że coś tak głośno gra i chcą już iść do domu po prostu. Potem kolejny rozdział, czyli krótka drzemka i zwożenie tego wszystkiego i wtedy dopiero jest koniec imprezy. Czyli 24 godziny z sound systemem w pracy tak naprawdę.

Czy był jakiś impuls, wydarzenia, które zainspirowały was bezpośrednio do zbudowania własnej ścianki?
JSM: Na forum ktoś wrzucił nagrywkę z Londynu, z imprezy Shaki, później Maken napisał relację z tej imprezy, bo chyba wtedy właśnie tam był. Pamiętam, że przeczytałem tę relację i wtedy wiedziałem, że pojadę do Londynu, odwiedzę taką imprezę, usłyszę Shakę w Londynie. Wiedziałem, że wcześniej czy później ten sound system ruszę. To już był czas, kiedy gdzieś tam jakieś płyty puszczałem, ale wiedziałem, że chcę robić to, co ten gość. Ten opis był niesamowity, robił wrażenie.

Wiecie więc, że chcecie mieć sound system i co dalej? Idzie do supermarketu soundsystemowego, ściągacie opis techniczny jak to zrobić i idziecie do złotej rączki?
JSM: Tak to wyglądało. Sprawdzaliśmy, podglądaliśmy innych.
Jaszol: Spędziliśmy 39 tys. godzin rozmawiając przez Internet, nie mogłem już patrzeć jak nazwa „Jakub Martyński” wyskakuje na moim komunikatorze. Rozmawialiśmy o tym jak to ma wyglądać, jak ma się zacząć, od czego zacząć. Oglądając setki, może tysiące, sound systemów różnych, przeróżnych, słuchając ich sesji. JSM jest podobno, choć nikt tego jeszcze nie potwierdził, z wykształcenia elektronikiem (śmiech) i prawdopodobnie dlatego wiedział od czego zacząć. Na początku chyba spróbowaliśmy mieć preampa.
JSM: To serce sound systemu w nomenklaturze londyńskiej. Po pierwsze pozwala na puszczenie piosenki, oprócz tego to są tam equalizery, pętle efektowe.
Jaszol: Taka maszynka, która jest zmodyfikowaną konsolą, mikserem z ilomaś tam wejściami i wyjściami, jest też crossoverem, jest robiona stricte pod granie takiej muzyki. Zaczęło się od tego, że robili preampy ludzie, którzy znali się na elektronice i na dźwięku. Wiedzieli co chcą mieć ludzie z sound systemów, którzy grają z dwóch cd z wielkiej konsoli, wielkiego stołu, który ma ileś suwaków i tak dalej i stwierdzili, że zrobią coś takiego sami. Tak, żeby to było wygodne i żeby było dobre. Połączenie konsoli, przedwzmacniacza, jak Kuba mówił, ileś tam pętli. Serce – można pod to wszystko podłączyć i wszystko kontrolować, każdy głośnik oddzielnie.
JSM: Jeszcze źródło dźwięku – gramofon, cedek, komputer – co chcecie, może być serato.
Jaszol: Mając preampa zagraliśmy kilka imprez na nagłośnieniu klubowym, które średnio nas zadowalało i wiedzieliśmy, że kolejnym krokiem będzie zbudowanie własnych głośników. To, że mamy głośniki i wzmacniacze, które kosztują porównywalną kwotę co samochód, i całą resztę jest po części wynikiem mojego wyjazdu na daleką północ w celach zarobkowych. Gdy skończyłem tę historię, mieliśmy jakąś kasę, żeby zainwestować w to wszystko. Zaczęło się od preampa, potem stwierdziliśmy, że równocześnie zrobimy głośniki i kupimy wzmacniacze. Kupiliśmy wzmacniacze, zrobiliśmy pierwsze głośniki z płyty MDF, które leżą gdzieś w naszej tajnej miejscówce. Poszliśmy do znajomego stolarza, który zrobił je wedle schematów, które są dostępne w sieci.

A wcześniej zrobił kuchnię znajomej selektorce…
Jaszol: (śmiech) Tak jest – pozdrawiamy stolarza i pozdrawiamy ludzi, którzy dali nam kontakt i którym zrobił kuchnię i regały. To też dowodzi czemu te paczki nie miały prawa grać. Wiadomo, że to był jakiś krok milowy w opcji pod tytułem Polska czy też Warszawa, że nie było czegoś takiego, jak ktoś z własnym nagłośnieniem przeznaczonym stricte do grania reggae. Mieliśmy nadzieję, że stolarz mając schematy i plany jest w stanie zrobić coś takiego solidnie. Tak naprawdę on to zrobił po swojemu, jak skręca do dzisiaj milion różnych regałów, były to więc takie regały z głośnikami w środku, nie owijając w bawełnę (śmiech). Stąd nazwa meblościanka stosowana przez wielu warszawskich i nie tylko selektorów. Tak naprawdę potem uświadomiliśmy sobie, że to nie jest to. Jest to coś nowego i totalnie niesamowitego, ale brakuje jeszcze ostatniego szlifu. Po roku, gdy graliśmy na jakimś festiwalu, chyba na Wisłostradzie, te regały, te paczki nasze pierwsze, zaczęły się po prostu rozłazić. Musiały się rozłazić, bo były tylko na klej i śruby, nie było żadnych innych patentów, to nie miało prawa być szczelne i nie miało prawa przeżyć dłużej. Można sobie zamontować coś takiego w jakimś klubie, w którym nie jest obciążone ekstremalnie, ale nie da się na tym grać sound systemu, gdzie głośniki i całe paczki są eksploatowane do granic możliwości. Po roku stwierdziliśmy, że pora zainwestować w człowieka, który miał jakieś doświadczenie w robieniu głośników. Zrobiliśmy małe rozpoznanie, siedziałem wtedy w Londynie i pojechałem do człowieka, który zrobił nie zero tych scoopów jak nasz znamienity stolarz, ale zrobił ich blisko 80 czy 90. Ma więc doświadczenie, zna różne patenty, sam gra i prowadzi sound system od iluś ładnych lat. Dodatkowo projektuje głośniki dla czołowych różnych ekip. Nasz dobry znajomy z Anglii, bardzo bym chciał, żeby ludzie, którzy chcą robić głośniki, robili to u niego. Robi to naprawdę solidnie, ma swoje projekty, jego sound system jest naprawdę oryginalny. Wiadomo, że basy to jest jeden projekt i można go modyfikować na trzy lub cztery sposoby, ale resztę – można zrobić totalnie inaczej, droga wolna. Kwestia tylko posiadania pieniędzy na wycinanie tych cholernych sklejek, sklejanie ich, budowanie i potem testowanie. Człowiek, który budował głośniki dla Jah Tubby’s, którego głośniki kupiło pół Europy i sporo sound systemów z Anglii.

Czy to już koniec ulepszania sound systemu, czy będziecie coś jeszcze dokładali, coś ulepszali?
JSM: Będziemy dłubali, to jest założenie podstawowe sound systemu. Sound systemu nie można kupić, postawić i on będzie sobie działał. Sound system żyje, na imprezach słychać co się z nim dzieje. Wiemy, co chcemy rozszerzyć.
Jaszol: Na każdej imprezie wychodzą różne minusy czy różne defekty. Zasadniczo nie jest jak na serii imprez Shaki z lat 90., kiedy gdy on nie spalił jakiegoś głośnika czy dwóch, to nie było dobrej imprezy. Aż tak radykalnie nie gramy, tak radykalnie nie jest i mam nadzieję, że nie będzie, bo nie stać nas szczerze mówiąc. Ciągle jest opcja na ulepszanie tego. Mamy nadzieję, że w tym roku powstanie ostateczna wersja, co najmniej jeszcze parę głośników się pojawi. Myślę, że w tym momencie zakończymy budowanie, a rozpoczniemy dopieszczanie różnych szczegółów. Chcielibyśmy wymienić parę wzmacniaczy na mniejsze i lżejsze, dokupić jakieś efekty, zmienić preampa w niedalekiej przyszłości. Sound system się rozwija. Chcielibyśmy na początku przyszłego roku skończyć inwestować w sprzęt, a skupić się na totalnie na muzyce. Kupować płyty, kupować dubplate’y, zacząć produkować własną muzykę.

Na ile rozkręcacie paczki? Ile razy policja przyjechała na wasze imprezy?
Jaszol: Zaczynając od końca – nie wiemy ile razy policja przyjechała na nasze imprezy, parę razy w każdym razie nie przyjechała. Festiwali nie liczymy, juwenaliów nie liczymy… Była kiedyś taka średnia w „Dobrej Karmie”, że sześć–siedem razy przyjeżdżała policja i za ósmym razem dopiero wystawiała mandat. To było na zewnątrz, na powietrzu, ale w środku też były historie, że przyjeżdżała policja. Moc zależy od miejsca. Zupełnie inaczej to brzmi na zewnątrz, open air, a zupełnie inaczej w miejscu zamkniętym. „Dobra Karma” charakteryzuje się tym, że ma bardzo średnie ściany i ma tekturowy sufit w związku z czym słuchać głównie ten sufit i ściany. Nie da się rozkręcić na maksa, bo nic to nie da. Nie będzie głośniej, nie będzie przyjemniej, tylko wszystko zacznie się zlewać. W Krzysztoforach pamiętam, że rozkręciliśmy całkiem nieźle, bo to są podziemia, piwnica. W „CDQ”, w miejscu betonowym, z małymi oknami, też rozkręciliśmy całkiem ładnie. Na imprezie z Disciples moim zdaniem brzmiał sound system najlepiej, chyba najlepiej był rozkręcony. Nie da się rozkręcić na maksa, nic to nie da – każdy pan elektronik od wzmacniaczy to powie. Trzeba rozkręcić tak, żeby dobrze brzmiał, żeby było ok. Znamy takie sound systemy, które rozkręcają za bardzo i jest za głośno, nie da się tej muzyki przyswajać i odczuwać jak się powinno, tylko się człowiek męczy.

W związku z tymi wszystkimi problemami – warto było?
JSM: Warto.

Czy polskie kluby są przygotowane na sound system przez duże S?
Jaszol: Umówmy się – jesteśmy w tej chwili na etapie sound systemów w jakich Anglia była czterdzieści lat temu lekko licząc, a Jamajka była sześćdziesiąt lat temu. W tej chwili kluby w Warszawie, w Polsce nie są przygotowane na coś takiego, nigdy czegoś takiego nie widziały. Kiedy widzą głośniki wielkości 1,5m x 1m prawie, a jest ich osiem lub dwanaście, to jest strach. Fajnie by było jakby było lepiej, bardziej liberalnie.

Czy możemy mówić dziś w Polsce o czymś takim jak scena dubowa, inspirowana UK dubami z Anglii?
JSM: Możemy, pojawia się coraz więcej soundów promujących brzmienia z Anglii, młodzi ludzie interesują się klimatami, które są w Polsce prawie zupełnie nie znane. To jest taka nisza w niszy, wąskie grono zainteresowanych. W porównaniu z Francją, z Włochami to nikogo nie ma – pojedyncze sztuki, ludzie, którzy powoli dochodzą do jako takich wyników.

Czy czujecie, że przetarliście szlak, że wasza działalność w tym temacie coś ruszyła?
Jaszol: Ja to jeszcze jestem młody, więc nie powinienem się wypowiadać w tym temacie, kolega jest starszy. Fajnie bardzo by było i byłoby nam miło, gdybyśmy kogoś zainspirowali, jakbyśmy komuś uświadomili, jak to ma wyglądać, jak sound system w swojej bazie, na Jamajce w roku 76, wyglądał. Na ulicy było ileś głośników spiętych, było iluś DJ-i, każdy przekazywał sobie mikrofon i po prostu była sesja. My mamy wizję bardziej lokalną, angielską. Żyjemy w Polsce, w dosyć ekstremalnym klimacie, gdzie nie możemy sobie ustawić głośników na dworze, żyjemy też w Warszawie, czyli w prawie 3–milionowym mieście, nie możemy sobie wystawić głośników na ulicy, zacząć grać wieczorkiem, sprzedawać piwko, ludzie zaczną przychodzić i będzie fajna balanga. Nie da się tego zrobić. Przefiltrowane przez Anglię, przez ileś jeszcze różnych czynników, próbujemy zrobić coś takiego jak sound system w Polsce. Oczywiście nie jest to nasza praca, nasz zawód, bo nie da się z tego wyżyć, ale jest to jakieś hobby. Może jestem zbyt wielkim idealistą, ale czuję, że chciałbym kogoś zainspirować, chciałbym żeby było jak najwięcej sound systemów, chciałbym żeby jak najwięcej ludzi grało taką muzykę przy której mogę się dobrze czuć, dobrze bawić, dobrze przeżywać. Pójść sobie na dobrą imprezę, z dobrym sound systemem i rano powiedzieć – fajnie było.

W czasie naszej rozmowy pojawiło się określenie dubplate’y – wasza definicja?
JSM: Dubplate’y w naszym wydaniu to są przede wszystkim numery nie publikowane. Numery, które być może zostaną opublikowane, ale niekoniecznie. Być może zostaną na już wieki dubplate’ami, czyli numerami, których nie można kupić w sklepie. Przeważnie dostajemy dzięki kontaktom z producentami, którzy chcą promować swoje rzeczy w Polsce i chcą, żeby ludzie ich usłyszeli zanim przyjadą do Polski, bo są już przynajmniej dwa sound systemy na których mogliby zagrać, czyli Gdynia i my. Dają nam te rzeczy, my to gramy, choćby przypadek Pupa Jima, którego w Polsce wypromowaliśmy od podstaw i największy forward na imprezach przez długi, długi czas mieliśmy przy tym numerze. To są numery, które nie każdy może mieć. Są unikalne.
Jaszol: To jest coś, co nie jest dostępne w obiegu, nie jest to dubplate w rozumieniu stricte jamajskim, czyli że przez pierwsze 10–50 sekund jakiś nawijacz albo wokalista śpiewa o danym sound systemie i wymienia imiona wszystkich ludzi, którzy coś tam robią. To nie jest coś takiego, chociaż takie też się zdarzają.

Johnny Clarke…
Jaszol: Na przykład. To są numery, których nikt inny w Polsce nie jest w stanie zagrać i nie będzie ich miał. Albo zainspirowany przez nas, albo zasłuchany na naszej sesji spróbuje się do nich jakoś dokopać. To nie są takie numery, które wpisując w google można od razu jakoś namierzyć.

Mówimy dubplate’y, prawie od razu więc nasuwają się clashe – jaki jest stosunek Roots Revival do clashowania?
JSM: Raz się clashowaliśmy na pamiętnym Roots Clashu 2007. Było fajnie, ale dziś mnie to specjalnie nie kręci, jak ktoś nam zaproponuje granie na jakimś clashu, to nie wiem jaka będzie decyzja. Może to będzie decyzja chwili i weźmiemy udział, ale niekoniecznie, nie mam takiej potrzeby.
Jaszol: Obecnie nie mam zupełnie chęci clashować się, dążę do tego żebyśmy zagrali imprezę sound system vs sound system, czyli dwa soundy grające na swoich rzeczach. Raczej coś takiego chciałbym zobaczyć, czyli zjawisko, które zaczyna rozwijać się w Polsce. Nie są to jakieś ekstremalne pieniądze i tak naprawdę jeśli ktoś się temu poświęci w 72% to jest to do zrobienia. Chciałbym coś takiego rozwijać a nie opcję dwa gramofony, dwa cedeki, mikser i dużo krzyku.

Raz zgraliście na clashu i raz sound to sound, czyli remis.
Jaszol: Tak 1:1 i wystarczy. Chcemy się skupić na tym, żeby scena sound systemów w Polsce rozwijała się, żeby to wyglądało jak w całej Europie.

Mówiąc o planach na przyszłość, wspomniałeś o produkcji. To dosyć częsta droga soundsytemowców. Myślicie o czymś takim?
JSM: Myślimy, już nawet zaczynamy się zbierać ku współprodukcji, a docelowo produkcji rzeczy, które chcielibyśmy, żeby inni grali, tak jak teraz gramy rzeczy producentów, których szanujemy, lubimy. Na początku nasze produkcje będziemy grać my, a docelowo chcielibyśmy je puścić do tych dobrych, sprawdzić się na innych imprezach.
Jaszol: Wiadomo, że jak się robi sound system albo uczestniczy jakoś w scenie muzycznej, to się jest wyczulonym na muzykę generalnie. Chcielibyśmy, żeby się okazało, że mamy jakiś dar tworzenia tego wszystkiego. Cała rodzina Roots Revival składa się nie tylko z nas dwóch, ale też z paru ładnych innych osób, które są mocno uzdolnione muzycznie. Chcielibyśmy powoli, w momencie kiedy skończymy budowanie sound systemu, zacząć skupiać się na budowaniu studia i zacząć coś tam dłubać z naszymi znajomymi. Mamy jakieś wizje swoich produkcji, pierwotne totalnie, ale mamy. Chcielibyśmy, żeby to zaczęło się rozwijać, to też jest droga. Nie da się wejść do studia i nagrać kawałka w trzydzieści sekund, od podstaw zupełnie. Wiadomo, że Kuba próbuje coś zgłębiać, dotykać wszystkich gałek i robić jakieś produkcje, a właściwie współprodukcje. Ja próbuję przymierzyć się do zrobienia swojego małego studyjka. Jak każdy będzie miał swoje studyjko, może się okazać, że jednak ktoś jest uzdolniony muzycznie i coś nam wyjdzie.

Czy po tych prawie trzech latach waszej działalności można powiedzieć, że doczekaliście własnego massive’u?
Jaszol: Nie nam to oceniać. Jest grupa naszych bardzo dobrych znajomych, których serdecznie pozdrawiamy, którzy przychodzą na wszystkie nasze imprezy, bez względu czy są w Warszawie, w Trójmieście, w Lublinie, w Kutnie czy w Krakowie. To jest taka ekipa ludzi, którzy złapali tego bakcyla co my, tylko że w troszeczkę inny sposób. Nie są skupieni na tym, żeby coś zrobić w tym temacie, tylko są odbiorcami. Choć ostatnio stwierdzili, że może spróbują swoich sił w tym i powoli zaczynają coś z tym zrobić. To naprawdę niesamowicie super, że ludzie, którzy przychodzili na nasze imprezy, jeździli za nami, bardzo im się podobało to, co ciągle robimy i koniec końców zaczynają robić to sami. Bardzo to pochwalamy i bardzo się cieszymy z tego, o to chodzi.

Hasło Jah Shaka – wasze pierwsze skojarzenie?
Jaszol: Dla mnie jest królem sound systemów, królem który zainspirował całą scenę soundsystemową na całym świecie.
JSM: Mistrz.

Czy nie sądzicie, że scena UK dub zaczyna zjadać własny ogon, Aba Shanti czy Iration Steppas odeszli już daleko od reggae, momentami przypomina to bardziej techno niż reggae, co o tym myślicie?
Jaszol: Są sound systemy, które grają roots & culture, czyli to, co lubimy, co staramy się grać. Na początku imprezy gra się numery z lat 70. i 80. i w miarę upływu czasu przenosimy się do współczesności. Wiadomo, że produkcje Iration Stepas czy King Alpha czy paru innych sound systemów, które są stricte robione na klawiszu i są digitalnymi produkcjami roku 3000 albo 8000 – są dosyć prostymi melodiami. Są to chwytliwe numery na imprezy, i Iration, i inni mają świadomość, że ciężko w dzisiejszych czasach o ludzi, którzy są w stanie zrozumieć tekst, poczuć to, co w 76 robił Yabby You. Balans jest najważniejszy w tym wszystkim, trzeba zagrać fundament tej muzyki, którą oni starają się zrobić teraz na tych swoich klawiszach.
JSM: Z drugiej strony zauważcie, że numery, które teraz są strasznie nowoczesne, za 10 lat będą takim foundation. Dzisiaj to oburza ludzi, że to jest techno, że nie ma w tym duszy, ale myślę, że za parę lat… Dubstep ma jeszcze mniej tej duszy, to jest chirurgia.

Jaka będzie więc przyszłość?
JSM: To jest trudne pytanie. Na pewno będą sound systemy, które do końca będą hołdować idei winyla, będą używać winyli do końca. Aba Shanti myślę, że nigdy nie przeniesie się na inny nośnik. Wyjątkiem mogą być sesje na wyjeździe, jak we Wrocławiu. Może opowiem jak to u nas wygląda – lubimy winyl, gramy z winyli.
Jaszol: Zasadnicza większość produkcji z kręgu muzyki, którą się interesujemy wychodzi na winylach i to jest dosyć prosta zależność. Ludzie, którzy je mają, wypuszczają je na winylach. Nie na cedeku, który zginie w natłoku badziewia w Tesco. W momencie, gdy jest to winyl, widać to na rynku. Nie jest to jakiś dochodowy biznes, ale ludzie kupują to i wspierają. Chciałbym, żeby zostało to jak najdłużej. Jest to nośnik, który jest niekończącą się historią. Można kupić numery, które wyszły tydzień temu i można kupić numery, które wyszły sześćdziesiąt lat temu. Sound system jest przekaźnikiem obu tych epok tak naprawdę.

Angażujecie się również jako promotorzy – jak ciężko jest ściągać takich asów jak Disciples czy Bush Chemists?
Jaszol: Na pewno było nam troszeczkę łatwiej, że ja pojechałem w którymś momencie do Anglii i moim celem było zaznajomić się z nimi osobiście. Udało mi się dotrzeć do ludzi z pierwszej ligi, przez zbieg okoliczności. Londyn, jak każde miasto, jest małym miastem i w którymś momencie trzeba skrzyżować swoje ścieżki i spotyka się tych ludzi. Udało mi się ich spotkać, nawiązać kontakt i chyba to jest najważniejsze. W momencie, kiedy ma się promotora z zewnątrz, który dzwoni do takich ludzi, czasami rzucają ceny zupełnie z kosmosu. W momencie, gdy jest to jakiś drugi, trzeci kontakt dostaje się lepsze ceny, wolność w robieniu tego. Nie jest oczywiście łatwo, bo rynek robienia imprez, koncertów jest ciągle zatwardziałym rynkiem z lat 80. kiedy wszystko zależało od jednego organu, który dawał pieniądze albo nie. W tym momencie bary, puby, miejsca, kluby ciągle mają wizję, że można zrobić imprezę, że ilu ludzi przyjdzie, tyle pieniędzy będzie. Ani ten klub, ani ministerstwa, ani Unia Europejska nie wspierają działań kulturalnych. Jest to ciągle ryzyko totalne – nie jesteśmy stowarzyszeniem, firmą, niczym zorganizowanym prawnie i bierzemy to na plecy. Czasami jest to bolesne, bo można mocno przywalić o glebę, czasami jest ok. Każdy medal ma dwie strony.

Jaszol – w czasie wywiadu głównie ty się produkujesz, w czasie imprez w zasadzie tylko ty. Będziesz rozwijał nawijkę?
Jaszol: Mam nadzieję (śmiech). Chciałbym wreszcie zbudować to studio, bo w momencie kiedy będzie jakieś studio, jakiś mikrofon, będzie można próbować swoich sił i nagrywać się. Bez tego nie da się rozwijać. Czasami słyszę nagrywki z naszych imprez i czasami głowa boli (śmiech). Kurcze, jest to chwila, jest to moment, który jest unikalny i gdy jest ileś tam osób –set, –dziesiąt, które czują to, co się dzieje dookoła, kiedy wszyscy się łapią, jest to ok, jakoś to wychodzi, mam nadzieję. Jeszcze nikt mnie nie rzucił żadną szklanką, jest ok. (śmiech)

Najbardziej pamiętna sesja Roots Revival?
JSM: Dla mnie impreza z Jah Free w Krakowie, na naszym sprzęcie, w klubie „Krzysztofory”. Byłem w ciężkim szoku, gdy zobaczyłem, że duża sala Krzysztoforów była pełniutka, wszyscy skankowali do muzyki, która naprawdę nie jest popularna w Polsce. Madness, madness!
Jaszol: To była piękna biba, to była naprawdę niesamowita sesja, nie wiem ile tam osób się przewinęło, z 300–400, coś pięknego. Dla mnie każda sesja jest ważna, ostatnio muzycznie jestem totalnie zadowolony z sesji z Disciples. Mam nadzieję, że wszyscy, którzy byli – a szkoda, że nie przyszło tyle osób, ile miało przyjść. Muzycznie była to pierwsza liga rzeczy, które mają wyjść albo wyszły w ciągu ostatnich dwóch–trzech lat. Ciągle chcemy ściągać ludzi z Wielkiej Brytanii, mam nadzieję, że ta najlepsza sesja na naszym sound systemie, już skończonym, dopiero nadejdzie. Chciałbym na pewno zobaczyć kiedyś Shakę na naszym soundzie w Polsce, gdzie będzie grał nie 1,5–2 godziny i Boba Marley’a, ale 6–7 godzin. Jest to w jakiś przyszłych planach. Mam nadzieję, że jeszcze nadejdzie, ale na dziś Disciples, Disciples.

I tak zacząłeś odpowiadać na ostatnie pytanie każdego wywiadu, czyli plany na przyszłość.
JSM: Skończyć sprawy sprzętowe. To jest mój plan na ten rok, zamknąć temat wymiany preampa, rozbudowy o czwarte pasmo sound systemu. Chciałbym w końcu tylko kupować płyty i skupić się na produkcji. I do przodu.
Jaszol: Jak powiedział Kuba – wykończyć sound, kupić jakiś gramofon, ale to już drobnostki, może jakieś efekty dokupić. Skupić się na kupowaniu płyt, na kombinowaniu dubplate’ów. Promotorsko to mam nieograniczoną liczbę planów tak naprawdę (śmiech). Chciałbym w tym roku ściągnąć Abę, to jest plan numer jeden, aby do rzeczy, które już są w jakimś stadium rozwoju, dorzucić jeszcze Abę. Są plany na festiwale, są plany na sesje, część niestety zweryfikowała rzeczywistość, tak, że nie będziemy się jeszcze mocno rozpędzać. Chciałbym w każdym razie, żeby Aba przyjechał na całą, długą sesję.

Wywiad ukazał się w magazynie Free Colours nr 14.

Autor jest członkiem kolektywu Fatty Fatty. Więcej o nim tutaj:
https://www.facebook.com/Fatty-Fatty-296122517107924/?fref=ts

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułZebra
Następny artykułRootz Underground: Korzenni szaleńcy

DODAJ KOMENTARZ