Shabba Ranks „Reggae Legends”

0
653
Shabba Ranks
„Reggae Legends”
(Greensleeves/VP, 2009)

Są artyści reggae, którzy z powodu wielkiego sukcesu jednej ze swoich piosenkach, są odbierani jako należący do grupy określanej przez młodzież jako „tych nie słuchamy, bo są popularni”. Gdyby patrzeć na Shabbę Ranksa poprzez pryzmat wielkiego hitu „Mr Loverman”, pewnie musiałby zostać zmieszany z błotem przez rasta-dzieciaków lub ortodoksyjnych rastamanów. Problem w tym, że ta świetna piosenka jest jedną z setek, które nagrał wokalista, pozostający wierny swojemu stylowi mimo wielkich pokus, aby się kompletnie skomercjalizować. Odpowiedź, dlaczego tak się stało, pojawia się, gdy choć pobieżnie prześledzimy jego karierę. Urodzony jako Rexton Rawlston Fernando Gordon już w wieku kilkunastu lat zafascynował się śpiewaniem, a szczególnie toastingiem w wykonaniu Charlie Chaplina, Generala Echo, Brigadiera Jerry’ego czy Yellowmana. Pod skrzydła wziął go Josey Wales (Shabba śpiewał pcozątkowo jako Co-Pilot), a następnie współpracował z Kingiem Jammym i Bobbym Digitalem. Właśnie z najbardziej digitalowego okresu pochodzą omawiane nagrania.

Wtedy był już znany z seksualnych podtekstów w piosenkach, które uczyniły go sławnym na Jamajce. Czteropłytowe pudełko zawiera krążki tego 44-letniego dżentelmena sprzed okresu największej sławy, w którym otrzymał dwie nagrody Grammy z rzędu (za płyty „As Raw as Ever” i „X-tra Naked”). W latach 1990-1992 nagrał on krążki „Rappin with the Ladies”, „Golden Touch”, „Just Reality” i „Mr Maximum”, które składają się na omawianą składankę.

Tak jak bywa w tego typu kompilacjach, potężna dawka jednego głosu na jeden raz jest nieprzyswajalna. Dodatkowy efekt znużenia może wywoływać fakt, że produkcje nawijacza pochodzą z czasu, kiedy triumfy święciły beaty elektroniczne, też należące do ciężkostrawnych w większej dawce. Jednak jest w tym wszystkim, nawet na solowej i najbardziej plastikowej produkcji „Just Reality”, wyczuwalna klasa ukryta pod chropowatym głosem Shabby Ranksa. Na „Rappin with the Ladies” jest już bardzo ciekawie, bo w każdej kompozycji są goście czyli J.C. Lodge, Krystal, Deborahe Glasgow i Rebel Princess. Równie ciekawie jest na dwóch pozostałych płytach, które są niezmiernie wciągające, o ile oczywiście odpowiednio się Shabbę dozuje. Warto podkreślić, że wiele z kompozycji znajdujących się na krążkach jest w mało znanych wersjach czy z różnego rodzaju dodatkami.

Oczywistym jest, że box jest skierowany do wielbicieli wokalisty. Ale jeśli ktoś chce zacząć przygodę z jego produkcjami, to ten początkowy okres twórczości wydaje mi się najbardziej ciekawy. Późniejsze jego wydawnictwa były już, niestety, znacznie słabsze.

Jarek Hejenkowski

Recenzja ukazała się w magazynie Free Colours nr 14

DODAJ KOMENTARZ