Indios Bravos: Bliżej nam do rosyjskich dumek

0
617

To fenomen na polskiej scenie. Wydali zaledwie dwie płyty, a koncerty grają od jakichś dwóch lat i już mają sale pełne ludzi. O przyczynie popularności, płycie „Mental Revolution“, ciemnej stronie mocy i słowiańskich korzeniach rozmawialiśmy z Piotrem Banachem – niegdyś gitarzystą rockowej grupy Hey, a dziś liderem Indios Bravos.

Jarosław Hejenkowski

 

Jak przebiega letnia mentalna rewolucja w Indios Bravos? Nie za gorąco na nią?

Lato jest sezonem koncertów plenerowych. W związku z tym gramy głównie plenery. Lipiec to dla nas mała przerwa, wakacje. W sierpniu festiwale – Ostróda, Bielawa. Na jesień planujemy taką klubową trasę, jakąś bardziej zwartą, nie pojedyncze koncerty, ale dwa tygodnie.

A czy są plany co do nowych nagrań? Bo fajnie byłoby posłucha wreszcie Indios Bravos w tym zestawie koncertowym, z muzykami, a nie tylko wami dwoma.

Najpierw muszę skończyć swoją płytę, a następnie zrobić sobie trochę przerwy. Później będziemy robić piosenki na kolejną płytę. Jeśli chodzi o zestaw z muzykami, z tym składem koncertowym, to być może uda się wydać koncert, który graliśmy w „Stodole” w styczniu. Nagraliśmy ten materiał. Leży i czeka na obróbkę. A jeżeli chodzi o nowe piosenki, to przypuszczalnie nie będziemy wchodzić do studia z całym zespołem. Jeżeli powstanie płyta, gdzie będzie grał cały zespół, to będzie płyta koncertowa. Jeśli będzie płyta studyjna, to będzie w tej samej formule co dotąd – powstanie u mnie w domu. A domowe nagrywanie ma to do siebie, że ogranicza. Nie można postawić perkusji, nie można zagrać 100-procentowego żywca.

Wspominałeś o swojej solowej płycie. Słyszałem jeden utwór i był wolniejszy niż produkcje Indios Bravos…

…wolniejszy jeśli chodzi o…

…tempo…

…i refleksyjność? (śmiech) To jest płyta, którą nagrywam sobie w prezencie na 40 urodziny, które miałem w marcu. Ma tytuł „Wu Wei”. To oznacza, że coś się dzieje samo z siebie, bez żadnego napinania. I to właśnie jest taka płyta. Na niej jest wszystko, co chce się znaleźć. Przez te 25 lat działalności na scenie muzycznej ja nie byłem tylko muzykiem, ale przede wszystkim fanem muzyki. Przyjąłem bardzo dużo różnych dźwięków. Nie tylko reggae, bo to moja wielka miłość, ale też swoją edukację muzyczną zaczynałem od Beatlesów, Pink Floydów, Purpli i całej tej hipisowskiej psychodelii lat 70. Uwielbiałem choćby musicale hippisowskie typu „Hair” czy „Jesus Christ Superstar”. No i ta płyta jest zapisem moich poważnych fascynacji, ale również jakiejś wynikających z 40 urodzin refleksji nad życiem. To zbiór moich doświadczeń, nie tylko muzycznych, ale życiowych, emocjonalnych. Jeżeli chodzi o tempo, to jest to płyta refleksyjna. Ale są też kawałki zainspirowane reggae, bluesem i psychodelią lat 70.

indios-bravos-05

Ale coveru z serialu „Czterdziestolatek” nie będzie?

(śmiech) Nie będzie. Czterdziestolatkiem to ja jestem z metryki. Natomiast czuję się dużo młodziej.

Na twojej nowej płycie śpiewa Ala Janosz. Skąd się tam wzięła?

Śpiewa tylko jedną piosenkę. Zanim jeszcze wygrała „Idola” dostałem propozycję, czy nie zechcę zająć się tymi ludźmi, którzy będą w finale. Proponowano mi w sumie innych wykonawców niż Alicja. Ja stwierdziłem, że ona najbardziej do mnie przemawia i byłoby super, gdyby tego „Idola” nie wygrała. Niestety, wygrała, a to spowodowało, że jej firma płytowa miała inną wizję jej kariery niż ja. Mimo to pokazałem jej bardzo dużo różnej muzyki, również reggae, której ona nie znała, choćby z racji wieku. Przy okazji zaczęliśmy nagrywać niezobowiązująco jakieś piosenki.

Po wydaniu pierwszej płyty dużo podróżowałeś. Wspominałeś już w tej rozmowie o swoich inspiracjach muzycznych. Czy te podróże dały dodatkowe pomysły, które podsłuchałeś gdzieś, a później pojawiły się na krążkach?

Wynikiem tych podróży była głównie zmiana mojego podejścia do muzyki. Właśnie wtedy przechodziłem swoją mentalną rewolucję, która przewartościowała mój świat. Oczywiście, poznałem wtedy dużo muzyki, ale najważniejszą zmianą było to, że do muzyki zacząłem podchodzić zupełnie inaczej. Kiedyś podpisywałem się pod tezą, że muzyk musi mieć imperatyw grania. Czyli co by się działo, granie jest najważniejsze i nie ma nic ważniejszego w życiu. Kiedy odszedłem z Heya, bo czułem, że coś jest w moim życiu tak, jak być nie powinno, albo że właśnie omija mnie coś ważnego, zacząłem zmieniać to nastawienie. W tej chwili podchodzę do muzyki w taki sposób, że chcę być muzykiem, chcę grać, ale nie muszę. Mogę w każdej chwili przestać to robić. Muzyka jest dla mnie bardzo istotna, ale przestałem być jej niewolnikiem. To nie jest tak, że co by się nie działo, ja muszę grać. Kiedyś bardzo spalały mnie rzeczy związane z show biznesem, że krytykowano moją twórczość. A w tej chwili nie robi to na mnie większego wrażenia. Oczywiście, skłamałbym, gdybym nie powiedział, że obchodzi mnie to, co na mój temat mówią inni, czy jakie stosunki mam z wydawcą mojej płyty ale nie jest to spalające. Są to normalne życiowe przeszkody, które można obejść, a nie się na nich wywracać.

A te muzyczne inspiracje?

Bardzo dużo nasłuchałem się muzyki w Paryżu. Mieszkaliśmy tam przez pół roku i miałem możliwość słuchania tego, na co wcześniej nie mogłem natrafić. Wtedy Internet nie był tak rozwinięty, a w Polsce nie było możliwości słuchania płyt w sklepach, bo sprzedawcy krzywił się, że musi jakąś odfoliować. W sklepach w Paryżu miałem możliwość odsłuchiwania płyt całymi tonami i to robiłem. Brałem kilkadziesiąt płyt i siedziałem w sklepie kilka godzin. Słuchałem zespołów, o których nie słyszałem, a zainspirowała mnie choćby okładka. Kupiłem choćby płytę Salmonella Dub, która jest wspaniałą kapelą, a nigdy bym na nią nie trafił, gdyby nie okładka.

Ta twoja wewnętrzna przemiana wynikała z wewnętrznych podróży, czy z obserwacji, że za granicą ludzie mają inne podejście do muzyki niż w Polsce?

To że byłem poza Polską pozwalało mi się oderwać od problemów, które były tutaj. Ludzie na zachodzie żyją innym życiem i to było inspirujące, ale podróże były wewnętrzne. Była inna kultura, nieznajomość lokalnych języków – to powodowało, że ja tam czułem się zupełnie bezpiecznie. indios-bravos-08Jeżeli na ulicach Warszawy nie czuję się zbyt komfortowo dlatego, że wiem, co może mnie spotkać, tam z racji takiej zbawiennej ignorancji czułem się zupełnie wyluzowany, a to dawało mi dużo miejsca na podróże wewnątrz. W Grecji chodziłem sobie po Atenach, po różnych muzeach i obserwowałem turystów, którzy nie mieli tyle czasu co ja. Ci ludzie zaliczali muzea, gdzie ja mogłem siedzieć całymi dniami, a oni przelatywali przez te muzea – zobaczyć co jest, pyknąć sobie zdjęcie obok posągu… To było dla mnie bardzo inspirujące przeżycie, taki kamyk, który pociągnął za sobą lawinę tych rozmyślań, a ta lawina spowodowała tę mentalną rewolucję. Tak jak ci turyści, ja przechodziłem przez życie – jak najwięcej zaliczyć, bo wypada w Atenach zobaczyć ten posąg. A nie było wnikania dlaczego ten posąg jest sławny, on coś przecież przedstawia, jest piękny…

…Ale wtedy trzeba dużo czytać przed wyjazdem.

Myślę, że wiedza na temat rzeczy przeszkadza w ich odbiorze. Jest bolączką wielu ludzi zajmujących się na przykład recenzowaniem muzyki, że recenzują nie poprzez uszy, ale poprzez wiedzę. Wiedzą, co jest dobre i co nie jest dobre. Dostają płytę wykonawcy, o którym wiedzą, że to kiepski wykonawca i ta płyta dostaje negatywne recenzje. Dostają płytę uznanego za dobrego wykonawcę, ta płyta dostaje dobre recenzje. Natomiast gdyby zamienić te nazwy i ten ktoś nie wiedziałby, przypuszczalnie odczucia byłyby zupełnie, zupełnie inne. To się tyczy nie tylko muzyki. Generalnie, wiedza bardzo przeszkadza…

Ale z drugiej strony na pewno pomaga?

Kontekst często pozwala zrozumieć intencje autora. Natomiast intencje autora to jedno, a samo dzieło to drugie. Myślę. że najważniejsze jest samo dzieło. Bardzo rzadko ludzie mają możliwość poznania tych prawdziwych intencji. To czym często zajmują się w szkole nauczyciele – każą uczniom rozbierać na czynniki pierwsze wiersz poprzez pryzmat wiedzy na temat autora, jego życia, co zrobił, gdzie był. Można wtedy stwierdzić, że na przykład tęsknił za ojczyzną. Ale ja, nie znając życia tego człowieka, nie odbieram tego wiersza jako tęsknoty za ojczyzną, tylko objaw… kaca. Sorry za trywialny przykład, ale chodzi o to, że wiersz czy piosenka są wartością samą w sobie i myślę, że lepiej jest, kiedy się nie wie niczego o artyście, który ją stworzył.

Czyli Piotr Banach jest w dużym stopniu romantykiem, który wychodzi z założenia, że „czucie i wiara silniej mówią do mnie niźli mędrca szkiełko i oko”?

Szkiełko i oko jest bardzo potrzebne, dlatego, że zapewnia nam postęp, a on implikuje nasz rozwój, też ten duchowy, wewnętrzny. Natomiast całkowita wiara w szkiełko i oko to byłoby zaprzeczeniem tego duchowego rozwoju. Bo jeśliby nie można czegoś zważyć, zmierzyć, to dla naukowca nie istnieje. A jak zważyć i zmierzyć emocje, albo to, która piosenka jest lepsza, czy który tekst jest wartościowszy? To są indywidualne rzeczy, które wynikają z wrażliwości na piękno. Tą wrażliwość na piękno każdy ma inną i spory na temat tego, co jest ładniejsze, a co brzydsze, są zawsze jałowe. Nigdy nie można dojść do żadnego porozumienia i można najwyżej wywołać agresję. Wracając na chwilę do Alicji Janosz. Półtora roku temu pojawiła się piosenka „Dranie” w sieci i pojawił się wątek na forum dyskusyjnym o reggae „Sista Ali – dla mnie bomba”. Pojawiło się dziesięć wpisów w stylu – super, wspaniale, super kawałek. Póki ktoś nie napisał, że to Alicja Janosz. No i w tym momencie okazało si´ę, że – nie, no w ogóle tragedia, nie można profanować naszej muzyki, kto do tego dopuścił. To ewidentny przykład na to jak wiedza i kontekst na temat autora powoduje zaburzenia w odbiorze muzyki.

indios-bravos-04

Wspominałeś, że niezbyt bezpiecznie czujesz się w Warszawie. Nie kusiło cię, aby zostać za granicą, tam tworzyć i tylko wracać do Polski na koncerty?

Ja bardzo dużo tworzyłem za granicą. Większość „Mental Revolution” powstawała w Grecji, w Japonii, we Francji. Miałem takie przenośne urządzonko – notes kompozytora firmy Yamaha. To pozwoliło mi przygotować parę pomysłów, które w niemal w stu procentach zostały przeniesione na inne instrumenty i znalazły się na płycie. „Mental Revolution” jest taką płytą kosmopolityczną, bo ona nie powstawała tylko w Polsce, ale w różnych rejonach i z różnymi inspiracjami. Chociaż ta inspiracja reggae jest u mnie najsilniejsza, to jest to reggae przefiltrowane przez inne rzeczy. Ja nie jestem zwolennikiem takiej czystej jamajszczyzny. Dla mnie takie reggae z Jamajki, uważane za najbardziej klasyczne, pure reggae, do mnie nie dociera…

Nudzi cię?

Nie ma dla mnie takiej wibracji, jak wibracje zespołów też jamajskich, ale to zupełnie inna fascynacja. Moim ulubionym zespołem jamajskim jest Third World. Ja w nich odnajduję bardzo wiele ciekawych rzeczy. Zwłaszcza ta płyta… hm…

…96 in the Shade?

Tak, tak. Ten kawałek rozpoczynający płytę to taki mój totalny rozwalacz, kawałek, który powoduje, że zawsze się wzruszam, bardzo motywuje mnie do pracy, zresztą jak cała ta płyta. Typowa jamajszczyzna to dla mnie Culture… ale też nie do końca. Są dla mnie kawałki reggae tak bardzo reggae, że aż przestają mnie poruszać. Natomiast powalają mnie kawałki, w których się czuje taki indywidualny rytm. Dla mnie taką płytą, jedną z najważniejszych nie tylko w historii reggae, ale w ogóle, jest koncert Misty In Roots z Eurowizji z początku lat 80., który ma niesamowitą siłę. Kolesie grają reggae, ale to jest reggae tak ich, że nigdy wcześniej, ani nigdy później nie słyszałem takiego zarejestrowanego koncertu.

Czy śledzisz może to, co dzieje się aktualnie? Choćby rozwój i popularność muzyki dancehall.

Przechodziłem fascynację dancehallem parę lat temu. Obecnie jestem na etapie, że troszeczkę mi się to przejadło, być może dlatego, że przyjąłem bardzo dużo płyt. Moje apogeum związane z dancehallem było jakieś 3-4 lata temu. Teraz nie słyszę tam nic nowego, ale kiedyś, gdy byłem muzykiem zafascynowanym reggae najsilniej, czyli w połowie lat 80., kiedy grałem w szczecińskich kapelach reggae, to wtedy dancehall był muzyką dla nas obcą. Bo za bardzo się to nam kojarzyło z dyskoteką. Myśmy z zespołem Grass byli traktowani przez większość środowiska jako zespół już zbyt komercyjny, bo sięgaliśmy po inspiracje jazzem, rockiem, bluesem, a generalnie takim kanonem było reggae we flircie z punk rockiem, to dancehall był jeszcze bardziej komercyjny niż my.

Rozmawiałem z kilkoma osobami, które dobrze cię znają i mówiły one, że twoja współpraca z Gutkiem to częste spory, czasem burzliwe, szczególnie podczas nagrywania czy też produkcji płyt. Na ile w tych twierdzeniach jest prawdy?

(śmiech) Z mojego punktu widzenia, nie ma w tym wcale prawdy. Ale być może nie potrafię spojrzeć na siebie z dystansu. Nie pamiętam jednak żadnych sporów. Ja mam bardzo wyraźną wizję swojej muzyki, której jestem wierny, ale jeżeli chcę kogoś przekonać do niej, to nigdy za pomocą burzliwych dyskusji, a raczej podzielenia się swoją fascynacją i zafascynowania kogoś tym, co fascynuje mnie.

A czy te twoje wizje są zbieżne z wizjami Gutka?

Musiałbyś zapytać Gutka. Natomiast jest tak, czego Gutek nie ukrywa, że on uczył się reggae ode mnie. Zresztą nie tylko reggae, ale wielu rzeczy związanych z muzyką. Ja go poznałem jako 16-latka, który śpiewał w blues-rockowym zespole covery od Hendrixa poprzez Joe Cockera i Eltona Johna i kiedy mu zaproponowałem współpracę, i zaczęliśmy nagrywać jakieś pierwsze piosenki reggae, to dla niego była to rzecz zupełnie obca. I ponieważ to reggae poznawał poprzez jakieś moje fascynacje, myślę, że te koncepcje są zbieżne siłą rzeczy, że jest jakby takim moim uczniem jeśli chodzi o muzykę…

Tylko żeby się nie stało tak jak w „Gwiezdnych Wojnach” z Anakinem Skywalkerem i Obi-Wan-Kenobim.

No ja daję mu bardzo dużo wolności, swoim współpracownikom również, wychodząc z założenia, że im więcej ktoś współpracuje z różnymi ludźmi, tym się więcej uczy. W związku z tym sam zawsze namawiam Gutka, żeby robił różne rzeczy i uczestniczył w różnych projektach. Uważam, że to najbardziej rozwija. Także nie ma możliwości konfliktu pod tytułem, że ja poczuję się urażony, bo ktoś przeszedł na druga stronę…

Ciemną stronę mocy.

Ciemną, jasną, trudno podzielić. Ale generalnie inną. Ja podczas pracy mogę wymagać od ludzi jednego – aby nie stawiali biernego oporu podczas sprawdzania różnych wizji. Jeżeli mam jakąś swoją wizję i ktoś mi mówi – słuchaj, ale to będzie niedobre… Być może ma rację. indios-bravos-03Tylko ja chcę, żebyśmy zawsze sprawdzili. I zdarzało się czasami, ale oczywiście bez żadnych kłótni, że ktoś chciał mi udowodnić, że moja koncepcja jest niedobra i nie robił tego, co ja chciałem, tylko robił to w taki sposób, aby pokazać, że jest niedobrze. Wtedy są jakieś momenty napięcia, ale na pewno nie kłótni czy burzliwych dyskusji. Tylko ewentualnie naciskanie z mojej strony – dobrze, nie udowadniaj mi, że to kicha, tylko zrób o co cię proszę i będziemy mieli to z głowy. Czasem bywa tak, że mój pomysł nie działa, ale częściej, ku mojej satysfakcji, bywa tak, że potem ktoś mówi, że miałem rację.

Czyli jesteś dobrym pedagogiem.

Myślę, że tak. Jednym z moich największych atutów jest to, że potrafię wydobyć z ludzi bardzo wiele atutów, które są w nich, a oni sami tego nie wydobyli, ani nie wydobył tego nikt inny. Potrafię ludzi zafascynować czymś, pokazać jakąś drogę, nakręcić i widzę swój duży atut w tym, że jestem trochę nauczycielem i dlatego się dobrze sprawdzam w roli producenta, czyli kogoś, kto wydobywa to, co jest gdzieś w kimś najlepsze.

Indios Bravos jest zespołem stosunkowo młodym, a ściąga na koncerty, przynajmniej klubowe, więcej ludzi niż choćby Bakshish z ponad 20-letnim stażem. Zastanawiałeś się kiedyś skąd ta popularność?

To jest parę czynników. Przede wszystkim mamy własną nutę, która wynika z tego, że nie chcemy być zespołem z Jamajki. Chcemy być zespołem z Polski, ze wszystkimi tego zaletami. Myślę, że nawet trudno użyć słowa „wadami”, bo dlaczego skoro mieszkamy tu i teraz, i czerpiemy stąd, to nie ma być zaleta. Jeżeli mówimy o muzyce korzeni, to jest ona wtedy, kiedy czerpie się ze spuścizny swoich przodków. A żyjemy tu i teraz, a nie na Jamajce, a polska, słowiańska nuta jest taka jaka jest, czy to się komuś podoba, czy nie. Ale większości Polaków się podoba. Myślę, że ludzie, którzy słyszą muzykę z tą nutą, będzie im się bardziej podobać niż zespołów, które wyeksponowały nutę jamajską. Drugi czynnik jest taki, że jesteśmy zespołem bardzo zdyscyplinowanym i bardzo poważnie podchodzimy do słuchacza. Ja prowadzę ten zespół taką trochę żelazną ręką, trochę z wręcz wojskową dyscypliną, czyli wszyscy wiedzą gdzie jest ich miejsce i co wolno, a czego nie wolno. A to z kolei owocuje na koncertach tym, że wszyscy na scenie są absolutnie trzeźwi, są przygotowani do grania i nasze koncerty są zagrane bardzo dobrze technicznie, a nikomu nie brakuje sił po znieczuleniu się bądź to piwkiem, bądź to jointem. Trzecim czynnikiem jest ta nasza współpraca z Gutkiem, czyli jego charyzma w połączeniu z tym, że potrafiłem go zainspirować takimi, a nie innymi rzeczami i tym, że gdzieś mimo mojego dużego doświadczenia, bo ćwierćwiecza na scenie, to ja jestem przede wszystkim fanem muzyki i podchodzę jako fan do muzyki. Nie sugeruję się tym, co sadzi na dany temat branża, ale tym, co chciałbym jako fan na scenie usłyszeć i zobaczyć. Myślę, że właśnie te rzeczy powodują, że mamy taką dużą publiczność na koncertach. Oczywiście, trzeba sobie na nią zapracować. Pierwsze koncerty graliśmy dla 50 osób, ale już rok później dla tysiąca. W Warszawie było 1200, w Gdyni w klubie na 700 osób było 900. Skłamałbym, gdybym powiedział, że frekwencja na koncertach mnie nie cieszy.

A czy wysoka frekwencja na koncertach Indios Bravos świadczy, że kryzys reggae z lat 90. mamy już za sobą? Bo ja do końca nie jestem o tym przekonany.

Reggae jest popularne, jest inspiracją dla muzyków hip-hopowych, rockowych. Bardzo wielu artystów sięgnęło teraz po kawałki reggae, zainspirowało się nimi i to jest inspiracja artystów, a nie samej publiczności. Ludziom teraz reggae wchodzi dobrze, ale nie te jamajskie, ale przefiltrowane przez na przykład hip-hop. Myślę, że wysoka frekwencja na koncertach Indios Bravos jest dlatego, że jesteśmy zespołem zainspirowanym muzyką reggae i mającym w repertuarze bardzo dużo tego reggae’owego grania, ale również rockowe solówki i rockową ekspresję. Porównując to z frekwencją zespołów, które są bardziej jamajskie, można wysunąć wniosek, że to nie chodzi o samo reggae, a o to, aby reggae dodawało kolorytu, takiego bujania. Reggae nie jest wartością samą w sobie jeśli chodzi o popularność. W skrócie – popularna jest inspiracja reggae, a nie sam gatunek.

Czyli przyszłość to podążanie drogą Indios Bravos?

Nieeee. Absolutnie. Nie można podążyć drogą Indios Bravos nie będąc Indios Bravos tak samo jak nie można podążyć drogą Boba Marleya nie będąc Bobem Marleyem. Na wrażliwość zespołu składa się wrażliwość ludzi, którzy go tworzą, a ta z kolei wynika z tego, czego słuchają, co ich inspiruje, jak bardzo są otwarci. Nie ma żadnej recepty. Sukces Gentlemana jest też sukcesem wrażliwości jego samego i jego fascynacji Jamajką, a przy okazji tego, że jest Niemcem i mimo tego, że jest blisko Jamajki, to jednak słychać, że to nie muzyk stamtąd. Mimo że ma głos bardzo zbliżony do Sizzli, to jednak słychać, że to nie Sizzla, że to człowiek z tej kultury europejskiej. Receptą jest traktowanie nie tylko reggae, ale w ogóle muzyki bardzo indywidualnie. Największą zmorą dzisiejszego rynku muzycznego jest jego unifikacja – wszyscy starają się zadowolić radia. Z kolei w reggae jest tak, że muzycy starają się grać idealnie tak jak grają muzycy na Jamajce. indios-bravos-07Choćby przykład, że dobry zespół reggae jest wtedy, kiedy brzmi jak Burning Spear. Ale tylko prawie. Bo jeśli jakiemuś zespołowi uda się osiągnąć to brzmienie Burning Speara i tę samą nutę, to spotka się z zarzutem – eee, po co mam słuchać polskiej kopii, jeśli mogę posłuchać Burning Speara. To znów ten kontekst. Jeżeli coś przestaje być 100-procentowe reggae to znaczy, że zaczyna przechodzić na ciemną stronę mocy, czyli że należy już to potępić. Ale jednocześnie nikt na to nie poradzi, choćby nie wiem jak fascynował się sceną jamajską, że wychowywał się tutaj. Być może wyrośnie jakieś pokolenie ludzi w Polsce, które od kołyski będzie miało w domu muzykę jamajską. Ale póki co większość ludzi słuchających reggae, nie słucha go od kołyski, bo wcześniej słuchała radia, w którym leciał Krzysztof Krawczyk i polski rock. Zanim poznałem reggae i inną ważną dla mnie muzykę, to najpierw w radiu słuchałem Krzysztofa Krawczyka czy Anny Jantar. I to jest we mnie, gdzieś mnie kształtowało. Przecież w polskich przedszkolach nie śpiewa się tego, co w przedszkolach na Jamajce. W związku z tym fascynacja kulturą jamajską to jedno, a ta prawdziwa nuta, która w każdym gra, to drugie.

Czyli jaka rada dla fanów i muzyków? Tam skarb twój, gdzie serce twoje, ale też tam, gdzie stoisz?

Tam gdzie twoje korzenie. Jeżeli reggae jest muzyką korzeni, to bierzmy to powiedzenie dosłownie. Nasze korzenie nie są na Jamajce, nie są w Afryce, są tu. Bliżej nam kulturowo do rosyjskich dumek niż do tego, co się dzieje na Jamajce. Tej nuty, tej słowiańszczyzny, która jest tak często krytykowana, nie należy w sobie zabijać. Jeżeli mamy być wierni hasłu, że człowiek bez tradycji jest jak drzewo bez korzeni, to naszej tradycji nie możemy się wstydzić. Musimy ją hołubić. Co innego tradycja, co innego inspiracja. Dlaczego Twinle Brothers zachwycili się tak współpracą z Trebuniami Tutkami i dlaczego dało to tak duży oddźwięk za granicą? Bo było to coś prawdziwego. Ani się górale nie wstydzili swoich korzeni, ani Jamajczycy swoich. Tylko w prawdzie jest siła. Udzielanie rad, to niebezpieczna rzecz, ale moja jest taka – szanujmy korzenie, szanujmy indywidualność. A szanując korzenie pamiętajmy, że one są na wschodzie, a nie w Afryce.

Wywiad ukazał się w magazynie Free Colours nr 0

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykuł@udiomara prezentuje
Następny artykułBakshish „Drogi nasze”

DODAJ KOMENTARZ