Junior Stress: Podważyć teorię względności

0
806

Może wydaje się, że nietrudno nie zostać wokalistą, gdy tatą jest jeden z załogi lubelskiego Love Sen-C Music. Ale, z drugiej strony, to też spora odpowiedzialność wychodzić na scenę mając za plecami takich wyjadaczy. Dlatego, choć Junior Stress nawijaczem jest znakomitym, to jednocześnie pozostaje chłopakiem skromnym, czego dowód dał podczas naszej marcowej rozmowy w łódzkim klubie „Dekompresja”.

Jarek Hejenkowski

 

W sumie to dosyć dziwne, że śpiewasz reggae, bo jako dziecko reagowałeś na nie płaczem
To prawda. Ja tego nie pamiętam, ale mam przekazy słowne od rodziców, że jak ojciec słuchał w domu reggae, a zwłaszcza muzyki dubowej, to ja jak bawół ryczałem. Pewnie czułem jakiś lęk. Jak przez mgłę pamiętam, że te brzmienia mogły na mnie robić duże wrażenie, a jak coś tak silnie na małolata działa, to od razu ryczy. Coś miała w sobie psychodeliczno-strasznego ta muzyka, czego się bałem.

Później, gdy dorosłeś, zacząłeś słuchać płyt taty. Bo ty wtedy jeszcze bardzo hip-hopowy byłeś.
No ale mój ojciec wtedy słuchał i miał mnóstwo kaset rapowych. On jest wieloletnim fanem Public Enemy, Boogie Down Productions i innych, więc ja słuchałem jego kaset, które on sobie kolekcjonował. Kupował je sobie na takich bazarkach osiedlowych.

Czy tata o tym wiedział?
No wiedział i mi pożyczał. Starałem się oddawać, choć kilka przepuściłem. Ktoś miał sobie przegrać i nigdy tego nie zrobił. Tata nigdy nie starał się mnie „inwigilować” i mówić „tego słuchaj, a tego nie słuchaj”. Brałem sobie, co mnie interesowało i rzeczywiście na początku najbardziej mnie interesowały kasety, na których był nagrany jakiś rap.

Rozmawiamy w Łodzi, gdzie blisko dekadę temu debiutowałeś na pierwszej poważnej imprezie. Pamiętasz ją?
„Forum Fabricum” i II Clash Antybabiloński zorganizowany w 2001 czy w 2002 roku przez Jasmana. Dla mnie jest to historyczna impreza, bo raz, że debiutowałem, a dwa – to była dla mnie w ogóle pierwsza taka impreza sound systemowa. Nie dość, że wtedy stałem pierwszy raz na scenie, to na dodatek na tej scenie stali wtedy wszyscy, którzy bawili się w tamtych czasach w sound system. Było Joint Venture, Pablo 27, który wtedy też był jeszcze małolatem, Dreadsquad z Globusem, Pablopavo z Krzakiem grali w drugiej sali i Pablo chyba też debiutował jako deejay. Byli też Jasman z Kasmanem jako Raggattack. Wspominam to niesamowicie, bo wtedy na dodatek Love Sen-C wygrało ten clash, a ja tam pojechałem jako tajna broń. Nikt się nie spodziewał, wyszedłem na scenę i zaśpiewałem taki śmieszny protest song oraz dublate dla Love Sen-C Music. Zresztą określenie „zaśpiewałem” to jest za dużo powiedziane. Dużo za dużo. Ta impreza była bakcylem na całe życie. Wtedy się zajarałem.

Później była płyta urodzinowa z Nattym B, który, odnoszę wrażenie, był trochę dla ciebie takim muzycznym nauczycielem.
To jest ziom, który ma ogromną wiedzę muzyczną, ale nie tylko. Jest mentorem, bo dużo wie i dużo widział.  Jak się wchodzi do niego do domu, to uderza imponująca kolekcja książek i miliardy płyt. Jego wiedza i sposób patrzenia na świat imponują. On jest również pierwszą osobą spoza kręgu moich ziomów rówieśników, z którymi tworzyłem pierwsze nagrywki, który nas, mnie i mojego kumpla Wojtasa, zabrał do reggae. Powiedział: „Chłopaki, mam tu  takie  riddimy  i może coś razem nagramy?” Dużo się wtedy nasłuchałem i opowieści, i muzyki, którą puszczał, a zarazem nagraliśmy jakieś wspólne piosenki, co było wtedy dla mnie czymś naprawdę specjalnym.

Zmienił się tobie głos od tego czasu? Bo chyba wtedy inny głos miałeś.
Wtedy była na bank mutacja. Miałem z 16 lat i głosik jak szczylek, jak na szczylka przystało. Ale nie ukrywam, że zaczynałem od zera, ja nie miałem wrodzonego talentu do śpiewania. Nie jestem śpiewakiem, tak jak mają to niektórzy moi kumple ze sceny. Niektórzy się z tym rodzą, inni nie. Ja powołanie poczułem nie do śpiewania, tylko do przekazywania treści, a formą było i jest nawijanie. To ewoluowało i zależało od tego, jakim stylem muzycznym się w danej chwili jarałem, starałem się dopasowywać. W końcu zdałem sobie sprawę, nawet nie pamiętam kto mi to powiedział, że trzeba używać naturalnego głosu. O, już pamiętam! To był pan, który uczy wykonywania pieśni kresowych. Miałem taki epizodzik, że raz śpiewałem pieśni kresowe i wtedy wydobyli ze mnie mój głos taki, jaki jest. Pomyślałem sobie: „Kurde, skoro uda się go w ogóle wydobyć, to może lepiej pójść w tę stronę, żeby go ćwiczyć”. Teraz się staram robić to jak najnaturalniej i na siłę nie szukać nie wiadomo jakich form, bo wtedy jest przerost formy nad treścią, a w moim przypadku jest wtedy bardzo źle (śmiech).

Wspomniałeś o przekazywaniu treści. Kiedyś byłeś bezkompromisowym chłopakiem, bo pamiętam piosenkę „Mafija” na pierwszej płycie Natural Dread Killaz, która była bardzo ostra tekstowo. Nadal jesteś taki, czy to ewoluowało?
Myślę, że jeszcze bardziej taki jestem. Wtedy można to było odbierać jako przejaw buntu młodzieńczego, ale moje poglądy od tamtej pory się w ogóle nie zmieniły. Nie widzę żadnych przeciwwskazań, żeby wykonywać nadal tę piosenkę. Gdy wypowiadałem te mocne słowa, one już wtedy były zupełnie świadome i teraz nadal się pod nimi podpisuję obiema rękoma. Nie zluzowałem.

Czyli nadal nie lubisz kościoła?
Może nie tyle kościoła, co instytucji katolicko-polityczno-nie wiadomo jakiej. Nie kumam jak można ufać komuś kto łączy politykę z wiarą.  Nadal nie ma kompromisów co do niektórych kwestii.

Jeśli już jesteśmy przy sprawach społeczno-politycznych, to chciałbym zapytać, czy od czasu katastrofy smoleńskiej zmienił się twój stosunek do Kaczyńskich. Bo Lech był na okładce twojego mixtape’a.
Ten stosunek się nie zmienił. Współczuję wszystkim, którzy ucierpieli wskutek tej katastrofy, a tych, których już nie ma, jest mi szkoda, jako ludzi. Ale nigdy w życiu nie zmieniłbym poglądów przez to, że ktoś zginął, albo nie zginął. Zmarłym należy się spokój, to pewne, lecz ich śmierć nie zmienia mojego spostrzegania rzeczywistości.

Ale mówią, że po katastrofie Polacy zaczęli zauważać te dobre strony Lecha Kaczyńskiego.
Zawsze uważałem i nadal uważam, że to byli jacyś wariaci polityczni, którzy chcieli doprowadzić  w naszym kraju do kompletnej paranoi. Bliżej było temu do jakiegoś nazizmu połączonego z komunizmem, niż do  normalnego trybu myślenia o wolności. Były momenty, że ja się po prostu obawiałem. To źle wyglądało. On nie mówił, nie przemawiał normalnie. To było dość przerażające. Katastrofa  nie zmieniła mojego zdania na temat politriki Kaczyńskich. Niemniej podkreślam, wszystkim zmarłym należy się spokój i szacunek, oni nie mają już prawa głosu, dlatego uszanujmy to i nie rozliczajmy ich już!

Skoro przy polityce jesteśmy, to o niej są też „Konstytucje”, które nagrałeś z Lechem Janerką i Sidneyem Polakiem.
To był czas pamiętnych wyborów, które naszej Rzeczypospolitej się za bardzo nie udały (śmiech). To były moje słowa opisujące ten cały Disneyland – Kaczory, Donaldy i inne ciołki wesołe. Dołożyłem swoją zwrotkę do tego pieca. Słowa Lecha Janerki są „stety”  i  niestety ponadczasowe. Nic się przecież nie zmienia. On napisał tę piosenkę w poprzednim systemie, a w naszych czasach,  w obecnym ustroju politycznym i demokratycznym nadal te słowa idealnie się sprawdzają. Skomentowałem więc ponurą rzeczywistość, która wtedy nastała.

Chciałbym się dowiedzieć, jak nowa wersja „Konstytucji” powstawała. Nagrywaliście ją razem, czy korespondencyjnie?
Nagrywałem ją razem z Sidneyem Polakiem w studiu na Tarchominie, a pan Lech nagrał refreny  bodajże u siebie. Tak naprawdę, zaśpiewaliśmy tę piosenkę razem dopiero na festiwalu dla Białorusi w Warszawie. Wtedy się spotkaliśmy.

Była okazja do wymiany poglądów?
Mieliśmy okazję chwilę pogadać. Było mi bardzo miło. Zawsze liczę na to, że pan Lech wystąpi razem z nami przy okazji któregoś z naszych koncertów we Wrocławiu.

„Konstytucje” były na składance „Polski ogień”, ale była tam też piosenka „Sen de la Chica”. Było w niej o dziewczynach i o kremie. O co właściwie chodziło w tym kawałku?
(Junior Stress długo się śmieje) – Już nawet nie pamiętam jak ona leciała. To był jakiś jednorazowy wstrzyk. Tę piosenkę traktuję jako żarcik. Nie ma ona przekazywać jakichś głębszych treści. Każdy ma swoje sny. To była chyba taka historia, w połowie prawdziwa, w połowie wyśniona.

W pewnym momencie twojej kariery wydawało się, że zostaniesz takim wokalistą towarzyszącym, który pojawia się gościnnie na płytach innych, ale swojego solowego albumu nie ma. Nie bałeś się, że zostaniesz zaszufladkowany jako taki wieczny gość?
Nigdy tak nie myślałem. Uważałem, że ci ludzie, którzy mnie zapraszają, znają moje solowe kawałki, moją twórczość. To mnie utwierdzało w przekonaniu, że tak nie będzie.

Czyli wtedy już myślałeś o solowej płycie?
Nie myślałem o płycie do momentu, kiedy zaczęliśmy nagrywać różne kawałki i próbować jak to będzie. Nie miałem jazdy, że jest jakiś plan i trzeba go zrealizować. Miałem co prawda myśli w głowie, że może to już czas i trzeba coś sfinalizować. Ale po chwili o tym zapominałem. Nie było na szczęście żadnego ciśnienia.

Ale niby taką solową płytę miałeś, bo Geto Blasta może uchodzić za twój projekt.
No ale Geto Blasta tak naprawdę nigdy nie wyszło oficjalnie. To jest cały czas projekt undergroundowy. Właściwie jedyna oficjalna produkcja to był singiel dla Siła-Z-Pokoju Version Records.

Ale zespół jeszcze istnieje?
Cały czas istnieje, póki my żyjemy (śmiech). Aczkolwiek jest w stanie spoczynku, trochę przez wyjazdy „nie po to, by łapać słońce” i każdy ma jakieś swoje jazdy. Różnie to bywa, ale raz na jakiś czas robimy próbę, od czasu do czasu zagramy jakiś koncert. Stosunkowo niedawno byliśmy nawet w studiu u Feel-X-a, żeby coś nagrać. Tak naprawdę, nie jestem w stanie powiedzieć nic o przyszłości Geto Blasta. Jest to twór, który sobie jest, żyje własnym życiem i tak naprawdę nie wykracza na razie poza LSM.

Piosenka „Nie po to, by łapać słońce” znajdowała się na twojej drugiej mocnej pozycji, która mogła uchodzić za solową, a nagrałeś ją wspólnie z Deerem jako dodatek do Free Colours.
Wciąż zajebiście mi się słucha tego kawałka „Pamiętam”. To jest mój faworyt z tej płyty, a mam wrażenie, że on gdzieś tam przeminął. Ta płyta to był fajny epizodzik. W LWW było fajnie i Deer, którego jestem fanem i liczę, że kiedyś go jeszcze usłyszę.

Wreszcie w 2009 roku wyszła twoja solowa płyta. Z perspektywy dwóch lat, jesteś z niej zadowolony? Czy nie uznajesz tych starszych produkcji, jak zdarza się to u wielu artystów?
Cieszę się, że mogłem te chwile zapisać. Czuję, że jeśli teraz jestem tego w stanie słuchać, to myślę, że za dziesięć lat też będę mógł. Jest to coś, z czego może kiedyś będę się podśmiewał, ale nie zmienią mi się na tyle poglądy muzyczne i ideologiczne, abym się kiedyś tego wstydził. Cieszę się, że to wyszło jak wyszło. Mówię to dwa lata po wydaniu. Ciekaw jestem, co odpowiem, gdy zapytasz za pięć lat.

Na tej płycie było dużo dymu i tematów okołopaleniowych, bo jesteś zwolennikiem legalizacji…
Jestem zwolennikiem wolnych upraw.  Bardzo przeszkadza mi to, że starsi ludzie, którzy często są nauczycielami, lekarzami, prawnikami itp. cały czas są narażeni na niebezpieczeństwo ze strony władz przez to, że używają ziele konopi. Dla mnie jest to kompletnie niezrozumiała sytuacja. Ziele służy do tego, żeby je palić. Tak jak tytoń. Nie jestem za tym, żeby legalizować marihuanę, żeby rząd ją opodatkował jak alkohol i robił kolejny świetny interes. Jestem daleki od tego, żeby namawiać do jarania i nigdy nikomu nie mówię: „Musisz spróbować, zajaraj i zobacz jakie to zajebiste”, tylko jestem za tym, żeby nie karano ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z jakimkolwiek gangsterskim procederem, nie chcą sobie w jakikolwiek sposób brudzić rąk  używając ziela konopi. Jestem za tym, żeby można było uprawiać konopie na użytek własny.

Ale jeśli zaczęłyby hodować dzieciaki, to dla nich mógłby to być pierwszy krok do rzeczy poważniejszych narkotyków.
Myślę, że nie. Jeśli będą sobie hodować, to będą o wiele bardziej bezpieczni, niż gdy wchodzą w interes z bandziorami na ulicy i kupują od „nie wiadomo” kogo, „nie wiadomo” co. Przecież i tak jarają, bo zakazany owoc zawsze smakuje lepiej, więc gdyby władze dały spokój, to zapewne mniej dzieciaków interesowałoby się tym tematem, Ci, którzy by chcieli, musieliby się tym naprawdę zafascynować. Przecież żeby posadzić roślinę, trzeba mieć świadomość i wiedzieć jak, gdzie, z jakich nasion itp.. Więc myślę, że gdyby nagle zioło zniknęło z ulicy, to takie dzieciaki miałyby to gdzieś, a gdyby hodowały, to na pewno byłyby zdrowsze, bo jakość marihuany na naszym czarnym rynku jest tragiczna, polewanie solą, cukrem, Bóg wie czym jeszcze dla zwiększenia objętości wagowej? To chore!  Myślę więc, że to by wyszło każdemu na zdrowie – dzieciakom i dorosłym. Politycy mają inne zdanie. Zapytajcie ich dlaczego…

Nie odnosisz wrażenia, że marsze legalizacyjne przynoszą czasem wręcz odwrotny skutek?
Grywamy od trzech czy czterech lat na lawecie na Marszu Wyzwolenia Konopi. Muszę się przyznać szczerze, że w 2010 roku ten marsz mnie trochę zdziwił. Głównym sponsorem akcji okazał się śp. smartshop, który nie powinien być mieszany z gandzią. Ta sytuacja może nie pomóc, a zaszkodzić i to mnie trochę odepchnęło. Trochę mi emocje opadły i zapał do blokowania dróg i tym podobnych. Ważne jest, żeby ludzie zwracali uwagę na problem, ale pozytywnie, a nie negatywnie. Na ostatniej imprezie było mało konkretnych postulatów, a dużo darcia mordy i tak naprawdę można było odnieść wrażenie, że nie było wiadomo, o co ta walka. W poprzednich latach ludzie uśmiechali się na nasz widok, machali rękoma i często się przyłączali, a ostatnio spoglądali na to z dużą dozą niepewności i raczej niezbyt przychylnie. Mówię to jako człowiek, który jechał na lawecie w  poprzednich latach i ostatnio, i wszystko to obserwował. To sprawiło, że w tym roku chyba na imprezie nie zagram, ale przejdę się w tłumie i zobaczę to z drugiej strony. Mam nadzieję, że będzie to miłe zaskoczenie!

W tym roku masz wydać nową płytę. Czego ludzie mogą się po niej spodziewać?
Dużo heavy metalu. Zastąpiliśmy też bas gitarą elektryczną i nie ma klawiszy, bo zamiast nich też jest gitara (śmiech). A tak poważnie, to mogą się spodziewać reggae, raggamuffin  i więcej naturalnego brzmienia. No i podobnych wibracji co na pierwszej płycie oraz  ciekawych historyjek z 2010 i 2011 roku!

Masz już kompozycje, czy dopiero będą powstawały?
Są tune’y porobione. Teraz przystępujemy do pracy nad warstwą muzyczną, czyli przerabiamy moje aranżacje na zespół Sun El Riddim Band, który bierze na warsztat nową płytę i zobaczymy jak to będzie. Niezmiernie się cieszę, że mogę zaryzykować i nagrać płytę z zespołem, bo wtedy jest to tworzenie od początku, a nie nawijanie do gotowych bitów. Mam nadzieję, że chłopaki dopuszczą mnie do głosu, i na niektóre kompozycję będę miał wpływ. No i liczę na to, że przekażemy przez ten materiał naszą wibrację i nasz styl.

Jeśli już jesteśmy przy riddim bandzie, to ciekawi mnie, w jaki sposób była prowadzona do niego rekrutacja. Ty to robiłeś, czy komuś zleciłeś?
Zrobiliśmy taki casting. Zatrudniłem narzeczoną i jej cztery koleżanki, które oceniały ich po wyglądzie. Potem mieli kolejny test: musieli zagrać gamę z zamkniętymi oczami na grzebieniach. Na koniec dostali po milionie dolków i tak to się zaczęło. A tak naprawdę, to Piotrula (Maślanka – dop. red.) powiedział, że ma zajebistych muzyków. Grałem więc kiedyś w Krakowie sound system ze szczególna tremą, bo oni wszyscy tam przyszli ze swoimi żonami i narzeczonymi zobaczyć mój występ i stwierdzić czy chcą grać ze mną. Więc, prawdę mówiąc, ten casting przebiegał w odwrotną stronę (śmiech). Ale się udało.

W piosenkach śpiewasz często o Lublinie, ale twoim drugim miastem stała się chyba Warszawa?
Już właściwie nie! Była na pewien czas, ale ponownie jestem szczęśliwym mieszkańcem Lublina. W Warszawie więc bywam w soboty, czasami w środy i czasami w inne dni, bo moja narzeczona tam mieszka.

Nie lubisz Warszawy?
Ani jej jakoś nie kocham, ani nie nienawidzę. Jest fajnie, dużo się dzieje, mamy tam sporo znajomych. Kiedy tam jednak dłużej posiedzę, to mnie męczy. Ja mam taką naturę, że lubię żyć w „komunie”, a rozumiem tę komunę tak, że jak w Lublinie wychodzę rano z domu, to cały czas kogoś spotykam, z kimś siedzę i tak mijają całe dni. A w Warszawie cały czas siedzę w domu i tylko  czasem gdzieś wyskoczę. Więc inaczej mi się tam żyje, choć nie wiem, czy gorzej, czy lepiej.

Te sobotnie pobyty związane są z audycją Dancehall Masak-Rah i kiedy jej słucham, to odnoszę wrażenie, że tam nie ma żadnego scenariusza i jest jeden wielki chaos.
Co prawda, to prawda. Nie ma żadnego scenariusza, ale gdyby był, to by wtedy chyba była dopiero mega masakra, a także padaka. Myślę, że prawdziwy chaos będzie, kiedy narodzi się scenariusz. Teraz jest chaos kontrolowany. Nie wyobrażam sobie jakiegokolwiek scenariusza w Dancehall Masakrze, bo taki jest ten projekt, bo jak na grupę intelektualistów chcących podważyć teorię względności nie możemy mieć konkretnego planu. Kto słuchał audycji, czy był na imprezie, ten wie, czym jest ten chaos. Teraz w „Czwórce” chaos jest tym większy, że radio zamieniło się w telewizję, więc tak naprawdę nikt nie wie o co chodzi. Nawijamy do słuchaczy, do telewidzów, do tych, którzy są w studiu, bo ta cała audycja jest imprezą i trudno to zamknąć jakąś klamrą. Cały czas walczymy, aby podważyć teorię względności i to jest nasz główny cel.

Jako młody, walczący człowiek, pasujesz mi do wegetarianizmu. Trafiłem?
Nie, nie trafiłeś (śmiech). Kiedyś miałem epizod, że z trzy lata nie jadłem mięsa, ale nie ukrywam, że w tych czasach wpieprzam na okrągło to, co mam pod ręką. Bardzo trudno byłoby mi nie jeść mięsa, bo teraz wszystko je ma, nawet chipsy. Musiałbym się bardzo poświęcić, żeby być wegetarianinem, a lepiej mi robi, gdy jem mięso, bo zdrowiej się wtedy czuję.

Muzyka to twój numer jeden, a są numery dwa?
Mój sport życia to rolki, a od dziesięciu lat także snowboard. To są dwie dziedziny, którym podsumowując,  poświęciłem się chyba nie mniej, niż muzyce.

Może dlatego, że się jeszcze porządnie nie połamałeś?
Różne części ciała połamałem i to nie raz. Rączkę złamałem, nóżkę i paluszek też. Mam też w kolanach kilka szkieł i innych żwirków. Sport to jest dla mnie zajebista odskocznia i wielka energia, taka część mojego bytu.

Mavado czy Vybz Kartel?
Obecnie Mavado, ale jak puścisz ten wywiad za miesiąc, to może się okazać, że Vybz Kartel. Jak to jeden dobry nawijacz powiedział: „Jak mnie pytasz czy Gully, czy Gaza, to ja mówię Gullazza”. Nie mieszkam na Jamajce, więc nie mam tego problemu, że muszę się utożsamić z Gully albo z Gazą. Mam gdzieś ich osiedla. Jak chcą się prać po gębach, niech się piorą. Mam to gdzieś. I Vybz Kartel jest dobry, i Mavado. Śledzę ich kariery cały czas, bo takie  mam hobby, śledzę ich nagrania. Rok temu byłem zajarany twórczością Vybza Kartela, tym jak się bronił przed Mavado, jak odpierał wszystkie ataki, a teraz podoba mi się to, co robi Mavado, Z kolei to o czym śpiewa Kartel, przestało do mnie trafiać,  nie lubię za ciasnych jeansów, a Clarksy to tylko raz widziałem takie, które mi się podobały, nie mówiąc już o wybielaniu skóry… Natomiast Mavado się wyrobił i odnoszę wrażenie, że przeszedł na jasną stronę mocy.

Czy Buju Banton powinien zostać zapuszkowany na długo?
Nie znam tej sprawy od środka, więc nie mogę się wypowiedzieć. Będzie mi mega żal, jeśli go zapuszkują, bo scena reggae straci jeden z, moim zdaniem, lepszych wokali, tekściarzy i artystów w ogóle. Ale każdy jest kowalem własnego losu. „I wanna rule my destiny” – jak śpiewał Buju Banton. Natomiast tłumaczenia Jamajczyków, że to przez Babilon i lata niewoli on sprzedaje kokainę, to typowo jamajskie tłumaczenie. Może handlował koksem, a może nie? Jamajska rzeczywistość jest zupełnie inna. Natomiast zarzut posiadania broni w ogóle mnie nie dziwi. Mieszkając na Jamajce, na bank miałbym broń.

Czytając o tych „dokonaniach” jamajskich muzyków i przestępczości, to chciałbyś się tam mimo wszystko wybrać?
Chciałbym, ale muszę dojrzeć, a konkretnie poduczyć się języka. Bardzo chciałbym tam pojechać, na bank to zrobię i już umówiłem się z Pablem, tylko muszę jeszcze nauczyć się komunikować z ludźmi. Bo nie widzę żadnego sensu jechać tam, aby poznać tych ludzi bez umiejętności komunikowania się z nimi. Wtedy wyszedłbym tylko na jakiegoś świrusa, który przyjechał i tylko patrzy. Dlatego uczę się angielskiego, słucham patois, ściągam sobie teksty i tłumaczę piosenki. Coraz więcej rozumiem i jak będę umiał się porozumiewać, to sobie tam pojadę i z nimi pogadam, wymienię jakieś poglądy… To jest moje marzenie. Jestem ciekaw, jak to tam naprawdę wygląda. Skoro człowiek żyje tą kulturą w naszym kraju i to jeszcze na dzikim wschodzie, to wypadałoby tam choć raz wyskoczyć.

No to skoro o marzeniach, to jakie jest muzyczne marzenie Juniora Stressa?
Nagrać teledysk z Rhianną. To by było kurde… Nie musiałbym z nią nagrywać piosenek, ale clip bym chciał. Chyba każdy wie, jak by wyglądał taki teledysk. Tak jak wszystkie jej teledyski (śmiech). Byłbym usatysfakcjonowany samym clipem. Więc takie jest moje muzyczne marzenie, choć, patrz, okazało się, że ono w ogóle nie jest muzyczne. Takie muzyczne to nagrać fajnie te tune’y z Sun El-em. Żeby to zabrzmiało tak, jak sobie wyobrażam.

A marzenie życiowe?
Nie wybiegam dalej niż miesiąc w przód. Chciałbym więc, żeby jutro, pojutrze i za miesiąc nie było gorzej, niż jest. Nie mam ciśnienia, żeby dążyć do jakiegoś mega celu. Miłość i zdrowie dla wszystkich moich bliskich – to jest moje główne marzenie.

Wywiad ukazał się w magazynie Free Colours nr 16.

DODAJ KOMENTARZ